Wyszukiwarka

Malika (Gdynia)

Trójmiejska perła z Maghrebu.

Często do jednego wora wrzuca się kuchnię arabską, bliskowschodnią, czy kuchnię Maghrebu. Nie jestem w tym temacie ekspertem, ale to chyba błąd – Rabat, Casablancę czy Trypolis dzielą setki kilometrów od Mekki, Bagdadu czy Jerozolimy. To zbyt duża przestrzeń, by nie występowały żadne różnice!

Biję się jednak w pierś, bo sam tak robię. I zawsze dodaję: nie przepadam, nie lubię, nie praktykuję. Ten region świata kojarzy mi się bowiem albo z falafelami, które niemal zawsze są dla mnie za suche, albo z hummusem, który lubię, smakuje mi, ale chyba nigdy nie skumam ludzkiej podniety tym wynalazkiem. Dobre mazidło, świetne w roli bardzo gęstego dipa do zamaczania marchewki, nic poza tym.

to nie hummus

Ale przecież ludzie zamieszkujący to rozległe terytorium nie jedzą tylko hummusu i falafeli! Niby wiem to od dawna, ale jednak za każdym razem zaskakuje mnie to w restauracjach, które w kuchni z tego regionu się specjalizują i które nie stawiają tych dwóch specjałów na pierwszym miejscu.

Coś takiego spotkało mnie właśnie w Malice w Gdyni – restauracji prowadzonej przez Polkę urodzoną i mieszkającą przez wiele lat w Algierii, uczestniczkę jednej z edycji Top Chefa. Od wizyty w lokalu minęły już prawie 2 miesiące, a ja nie mogę przestać o niej myśleć i z niecierpliwością wyczekuję końcówki września, kiedy to znów będę w Trójmieście.

Gdzie jeszcze WARTO zjeść w Trójmieście? Zobacz video i zasubskrybuj mój kanał na YouTubie

Bo do Maliki muszę na pewno wrócić. Spróbowałem przystawki i dania głównego i wciąż mi mało. Zacząłem jednak od whisky berberyjskiego (20 PLN za 500 ml), czyli mocno słodkiego naparu na bazie zielonej herbaty gunpowder oraz mięty. Nazwa wprowadza trochę w błąd, bo napój ten nie zawiera ani grama alkoholu, ale orzeźwia w upalne dni i przy okazji daje niezłego, energetycznego kopa. Whisky berberyjskie poznałem w Cafe La Ruina w Poznaniu, stamtąd też wiem, żeby nalewać ją z dzbanka do szklanki z bardzo wysoka, aby jak najbardziej „napowietrzyła się w locie”. Nawet jeśli byłoby to kłamstwem, to takie nalewanie wygląda bardzo efektownie. W Malice na whisky berberyjskim się nie zawiodłem, jedynie wysoka cena trochę mnie bolało. Mimo wszystko warto zamówić.

Tak jak i bstillę z łososiem (32 PLN) na przystawkę. Być może któryś z hummusów jest bardziej sexy, być może batat pieczony z owczym serem i zatarem (28 PLN) bardziej by mi posmakował, ale większego zaskoczenia prawdopodobnie nie zagwarantowałby mi żaden inny starter. Przyznam, że przy składaniu zamówienia nie miałem totalnie pojęcia, czym jest bstilla. Ba, kiedy zawiłości tego dania tłumaczyła mi kelnerka, wciąż za bardzo nie wiedziałem, czego się spodziewać. Dostałem to:

Wygląda bardzo niepozornie. Jak coś zawiniętego w ciasto francuskie lub ciasto filo. Tym czymś był oczywiście łosoś wzmocniony mieszanką przypraw ras el hanout z Maroka. Oczywiście w dobrej restauracji specjalizującej się w kuchni Maghrebu nie mogła to być byle jaka mieszanka tylko taka najlepsza jakościowo. Przełożyło się to i na smak, i na zapach starteru – łosoś był bardzo aromatyczny. Swoją drogą, śmieszna sprawa, bo po pierwszym gryzie byłem zawiedziony bstillą. Po drugim i trzecim myślałem, że mogłem wybrać lepiej. Po każdym kolejnym coraz bardziej przekonywałem się jednak do tej przystawki, by pod koniec być już rozczarowanym, że zaraz na talerzu nie będzie niczego. Kiszona cytryna, którą skrapia się bstillę, robi tutaj sporo zamieszania.

Z wyborem dania głównego miałem wielki ból głowy. Chciałem spróbować tadżinu, ale w czasie mojej wizyty w ofercie był tylko tadżin z kurczakiem. Wiedziałem, że na pewno nie zawiodę się baranimi keftami, bo to przecież takie kotlety mielone, a one z kolei zawsze smakują. Zastanawiałem się też nad czymś z kuchni autorskiej, ciekawie zapowiadały się choćby omlet berberski czy chakalaka z ciecierzycą.

W międzyczasie znajomy wysłał mi jednak zdjęcie zwykłego, okrągłego grilla ze zwykłą, śląską kiełbasą na ruszcie. Nie uwierzycie, ale będąc w takim miejscu, zapragnąłem zjeść coś podobnego! Okazało się, że w menu znajdują się merguez, czyli domowe kiełbaski wołowe z ognia (34 PLN) podawane w towarzystwie harissy, warzyw sezonowych (sałata, pomidor, cebula – tu lekkie rozczarowanie) oraz ryżu z migdałami i rodzynkami.

Zatrzymam się w tym momencie, bo pewnie ten ryż z migdałami i rodzynkami wprowadził Was w małą konsternację. Nie dziwię się, sam bym na to nie wpadł tym bardziej, że w menu każdy z tych składników wypisany jest osobno. W ostatecznym rozrachunku ten ryż stał się najlepszym ryżem, jaki jadłem gdziekolwiek kiedykolwiek. Po prostu coś niesamowitego! Mógłbym w ramach dania głównego zamówić tylko ten ryż, a i tak byłbym bardzo zadowolony.

Kiełbaski również nie zawiodły. Czuć, że przygotowywano je na miejscu, a nie kupiono w pierwszym lepszym markecie i że robiono je na ogniu, a nie w zwykłym piekarniku. Były bardzo mięsne i doskonale doprawione. Jedzenie tych kiełbas to była czysta przyjemność i w tamtej chwili nie zamieniłbym ich na żaden inny kawałek mięsa, choćby był to doskonały stek!

Deser był już ponad moje siły. Teraz żałuję, bo pewnie zachwyciłby mnie równie wielce co przystawka i danie główne. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło – postanowiłem sobie, że do Maliki wrócę przy najbliższej okazji. I ta okazja pojawi się już pod koniec września. Nie mogę się doczekać!

UPDATE (4.10.2017)

Drugi raz byłem w Restauracja Malika w Gdyni i drugi raz wyszedłem z niej oczarowany. Ba, tym razem zachwyt był chyba jeszcze większy.

Na przystawkę zamówiłem pieczonego batata z serem owczym, chili, oliwkami i zatarem (28 PLN). Bataty to zdecydowanie moje ulubione pyrki, a w tym wydaniu, z taką konfiguracją składników, skradły moje serce. Mięciutki i słodziutki ziemniak fajnie uzupełniały, a w zasadzie kontrastowały z nim wszystkie dodatki. To był zdecydowanie batat mojego życia.

Po nim przyszedł czas na tadżin. Jadłem to marokańskie danie wcześniej tylko raz, w Cafe La Ruina i Raj i z miejsca się w nim zakochałem. W Malice podano je w wersji autorskiej, z polikami wołowymi i jalapeno (42 PLN). Mięsko rozpływało się w ustach, a wyjadając michę do ostatniego warzywka, mocno się spociłem – jalapeno dodało do tego tadżinu sporo ognia, ale obsługa mnie ostrzegała, że będzie raczej pikantnie.

Jeśli jest się w Trójmieście, nieważne w jakim celu, to Malika jest takim „must eat”. Ja zamierzam wracać za każdym razem, gdy będę w Gdyni.

Lokalizacja: Świętojańska 69b, Gdynia | fanpage

zakres cen: 30-50 PLN

Ocena Ogólna

Rewelacja

Wasza Ocena

Oceniacie tę knajpę na:
5/5 (3)
Ja oceniam na...