Wyszukiwarka

Dom na Śródce (Poznań)

Dom w nazwie nie pojawił się tutaj przypadkiem.

Po pierwsze dlatego, że czułem się w tym miejscu właśnie jak w domu. Może niekoniecznie swoim, może niekoniecznie rodzinnym, ale atmosfera, klimat, życzliwi ludzie i cała ta „przytulność” (budowana również przez wystrój łączący staromodne meble i elementy z dość minimalistycznym designem) sprawiły, że po wyjściu nie tylko zadowolone były moje podniebienie i żołądek, ale sam się w Domu na Śródce w 100% odprężyłem.

Po drugie, miejsce to od początku do końca tworzył duet matka-córka, więc siłą rzeczy stało się ono także ich domem. Jest to lokal, w którym one się czują dobrze, a przecież każdy z nas wie, gdzie niemal każdy człowiek czuje się najlepiej. Są nawet przysłowia, które o tym mówią. Wszędzie dobrze, ale sami wiecie gdzie najlepiej i tak dalej.

Zobacz video i zasubskrybuj mój kanał na YouTubie

W tę domową otoczkę, która jest tu moim zdaniem najważniejsza, zaszczepiono jeszcze ziarnko ideologii, która z kolei dla właścicielek jest na pewno bardzo istotna i którą przynajmniej część klientów doceni. Choć, tu taka mała dygresja, ideologia to trochę złe słowo, bardziej pasowałoby „osobiste przekonanie” – nikt tu do niczego nie zmusza i nie próbuje uparcie przekonywać do swoich racji.

Od początku Dom na Śródce miał się w jak najmniejszym stopniu przyczyniać do degradacji środowiska naszej planety. Stąd nie ma tu mięsa, bo przemysłowy chów trzody i bydła to to i tamto i stąd są jaja zerówki, od szczęśliwych kur z ekologicznych, wolnych wybiegów.

Sam przyznaję bez bicia, że mam podejście o wiele bardziej egoistyczno-hedonistyczne i raczej dobro „Matki Ziemi” średnio mnie obchodzi jedząc śniadanie. Niemniej szanuję poglądy i podejście osób odpowiedzialnych za Dom na Śródce – tym bardziej, że nie są to hasła rzucane na wiatr, po to by ukryć niedostatki smakowe czy wysokie ceny. Nic z tych rzeczy – można tu zjeść bardzo smacznie i w podobnej cenie co w knajpach wciąż korzystających z „trójek” (jajek z chowu klatkowego).

Sam w Domu na Śródce zameldowałem się na śniadanie, a że godzina wcale nie była młoda i mój żołądek burczał głośniej niż wczorajsza impreza w klatce obok, to ani przez moment nie wahałem się z wyborem dania. Poprosiłem o „talerz najesz się” (20 PLN), czyli największą dostępną opcję.

W jej skład wchodziły dwa jaja sadzone doprawione bodajże ostrą papryką, leczo z batatami, pieczarki z tymiankiem oraz chleb albo własnego wypieku, albo z jakiejś naprawdę pysznej piekarni. Nie wygląda może jak Największa Uczta Twojego Życia, ale po zjedzeniu go w całości byłem nasycony po brzegi, a wtranżoliłem jedynie te dwie skibki (pol. kromki) ze zdjęcia i nie prosiłem wcale o dokładkę pieczywa!

Sporym zaskoczeniem były dla mnie pieczarki z tymiankiem. Bo wiecie, ja za tymi grzybami, delikatnie mówiąc, nie przepadam. Dla przykładu największe zło, jakie moim zdaniem można wyrządzić pizzy, to wcale nie oblanie jej keczupem, sosem czosnkowym albo – co gorsza – sosem tysiąca wysp, a położenie na niej pieczarek. Do dziś wspominam Ten Jeden Jedyny Dzień, kiedy to zjadłem pieczarkę, która mi posmakowała – było to na wymianie w Niemczech w liceum, w czasie której ojczym mojego hosta przygotował surową pieczarkę na grillu wraz z Bardzo Dużą Ilością Sera. Ta Bardzo Duża Ilość Sera prawdopodobnie przeważyła. W Domu na Śródce to były po prostu pieczarki z patelni z tymiankiem. Smakowały i jednym, i drugim. Dla mnie najważniejsze jednak było to, że nie miały znienawidzonej przeze mnie, gumiastej konsystencji.

Lekkim rozczarowaniem okazało się za to leczo z batatami. Mam ostatnio fioła na punkcie tych słodkich ziemniaków i jeśli są gdzieś w ofercie w jakiejś formie, staram się je zamówić. Gdy widzę słowo „bataty”, to od razu świecą mi się oczy i przypominam sobie, kiedy je ostatnio jadłem i jak bardzo mi one smakowały. W tym przypadku słodycz batata gdzieś zaginęła. W takim sensie, że gdzieś tam można było ją wyczuć, ale liczyłem na to, że ona tu będzie dominować, a to jednak jest tylko i aż leczo, a batat jest tu tylko i aż jednym z przynajmniej kilku składników. Mówiąc w skrócie, oczekiwania nie zostały spełnione, choć ta część talerza „najesz się” sama w sobie była bardzo smaczna.

Znacie ten świąteczny, z życia wzięty kawał, kiedy to jesteście objedzeni po przełyk, nie możecie choćby kiwnąć małym palcem u stopy, a mimo to ktoś Wam proponuje: „To może jeszcze serniczka?” i Wy się zgadzacie z szerokim uśmiechem, bo kochacie sernik i usprawiedliwiacie się tym, że macie na niego osobny żołądek? No to podobna sytuacja zdarzyła się w Domu na Śródce, tyle że mi po wylizaniu całego talerza „najesz się” nikt serniczka nie zaproponował. Ja sam o niego poprosiłem.

Był to sernik jagodowy na spodzie z wiórkami kokosowymi (nie-pamiętam-ile PLN, ale chyba jakieś 12). Kolor ciasta słusznie podpowiadał, że nikt tu nie chce mnie zrobić w Karolaka i rzeczywiście przygotowano go ze słusznej porcji jagód. Smak to tylko potwierdził – było jagodowo, ale też mocno twarogowo. Sernik ten w niczym nie przypominał bardzo kremowych ciast z mieszczącej się tuż obok Cafe La Ruina. Nie zrozumcie mnie źle – uwielbiam serniki Moniki, dla mnie to ścisły top w Poznaniu, ale ten z Domu na Śródce też mnie zauroczył, choćby tym że był Tak Bardzo Inny. No, zjadłbym teraz kawałeczek!

Przyznacie, że fajne miejsca powstają na tej Śródce. Nie wszystkie wprawdzie odwiedziłem, ale w tych, w których byłem, zawsze było to COŚ. Dom na Śródce to COŚ również ma. Trzymam więc kciuki za to, żeby klientów nigdy nie brakowało, a ja postaram się wracać jak najczęściej. Wam wszystkim życzę zaś smacznego!

PS A tak w ogóle to Dom na Śródce jest przede wszystkim kawiarnią. Ale ja kawy nie pijam, więc jej jakość musicie sprawdzić sami.

Lokalizacja: Cybińska 13/1, Poznań | fanpage

zakres cen: 10-20 PLN

Ocena Ogólna

Dobra knajpa

Wasza Ocena

Oceniacie tę knajpę na:
4.95/5 (19)
Ja oceniam na...