Wyszukiwarka

Humhum (Poznań)

20160110_151752~2

Smaczna kuchnia libańska na cudownej Śródce.

Pierwsze moje spotkanie z libańskim jedzeniem miało miejsce dobrych parę lat temu, kiedy odwiedzałem mojego brata w Paryżu, gdzie wówczas studiował. Przez parę dni jedliśmy w różnych miejscach – nigdy u rodowitych Francuzów, zawsze u imigrantów z całego świata. Jednego dnia udaliśmy się na libańskiego kebaba – miał bardzo dobre mięso, o wiele lepsze niż w większości polskich kebabowni, ale tonął w pietruszce, przez co wspominam go dość niemrawo.

Głównie dlatego do małego poruszenia, jakie wywołało otwarcie Humhuma, podchodziłem dość sceptycznie. Tyle wrzawy o hummus – fenomen, którego zupełnie nie czaję? A że trudno zrozumieć coś, czegoś nie próbując, to po paru miesiącach postanawiam wybrać się do Humhuma bez żadnych uprzedzeń i ciekawy tego, co mi tam zaproponują.

Na miejscu okazuje się, że w ofercie jest coś dla takich jak ja – osób nie do końca przekonanych, które po prostu chciałyby spróbować po troszeczkę wszystkiego, czym knajpa karmi na co dzień. Rzecz się nazywa „talerzem libańskim”, kosztuje niemało (45 zł dla jednej osoby, 85 zł dla dwóch), ale syci odpowiednio i daje znakomity przegląd goszczących w Humhumie smaków. Można powiedzieć, że na tym talerzu jest wszystko z menu knajpy. Oczywiście byłoby delikatne kłamstewko, bo nie znajdziecie tu ani zup, ani kotlecików jagnięcych, ale poza tym mamy tu pełen wybór libańskich dań.

humhum

Moją uwagę przykuwają przede wszystkim dania mięsne – taki mam styl i już. Zaczynam więc od koft – to takie mięsne pulpety z mielonej wołowiny lub jagnięciny. Doskonale doprawione i zanurzone w bardzo aromatycznym sosie pomidorowym. Smakują mi one chyba najbardziej z całego zestawu i przy następnej wizycie najprawdopodobniej skuszę się właśnie na nie.

Nie znaczy to jednak, że dalej jest gorzej – co to, to nie. Libański kurczak marynowany w soku z pomarańczy i granatu, z dodatkiem chili, imbiru i cytryny wjeżdża jak złoto. Mam ostatnio awersję do drobiu, za dużo go po prostu jadłem, ale ten zasmakował mi naprawdę mocno.

Duże wrażenie robią też na mnie bakłażanowe rollsy, czyli mielona jagnięcina z orzeszkami pinii, ryżem, cebulą, czosnkiem i kuminem, zawinięte w grillowanego bakłażana. Trochę takie gołąbki, tylko przynajmniej sto razy smaczniejsze.

20160110_151725~2~2

20160110_151805~2

Z kolei falafel to rzecz dla mnie zupełnie bez polotu. Nie chodzi mi jednak o to, że akurat w Humhumie stoi on na niskim poziomie – po prostu to danie same w sobie do mnie nie przemawia. Zawsze suche i zawsze o smaku bułki tartej. Jak prezentuje się falafel z Humhuma na tle poznańskiej konkurencji? Zapytajcie jakiegoś falafelowego maniaka.

To samo dotyczy hummusu. Na „talerzu libańskim” są jego trzy rodzaje i są one po prostu okej. Kompletnie nie rozumiem mody na to danie, bo to po prostu zwyczajne smarowidło, które można wymieszać z czymś innym, dzięki czemu taki hummus z chili i limonką jest lekko pikantny i fajnie kwaśny zarazem, ale wciąż to dla mnie nic fantastycznego. Biorąc pod uwagę moją – co by nie było – ignorancję w tym temacie, w żaden sposób hummusu z Humhumu nie oceniam. Jeśli lubicie, to musicie sami sprawdzić albo zapytać kogoś innego, kto lubi i miał przyjemność. Ja się nie krzywiłem, zjadłem w miarę ze smakiem, ale hummusu samego w sobie raczej bym nie zamówił.

20160110_151819~2

Dobrze robi mi za to grillowany ser halloumi z mięta i czosnkiem. W przeciwieństwie do tego, jaki można dostać czasem w Lidlu, ten nie skrzypi podczas gryzienia. Ale do czego ja w ogóle porównuję? Jeśli podczas mojego miesiąca bez mięsa (kwiecień 2016 coraz bliżej) zawędruję do Humhuma, to z uśmiechem na ustach zamówię ser halloumi.

Na talerzu znalazło się jeszcze miejsce dla kaszotta z kaszy bulgur i parmezanem. Całkiem fajna rzecz z mleczno-maślanym posmakiem. W menu funkcjonuje jako dodatek do części dań, również tych wyżej wymienionych. Nie ma co narzekać. Do tego są tu także pikle, w tym najlepsze z czerwonej rzepy. Bardzo kwaśne i bardzo dobre.

20160110_151740~2

Zestaw uzupełnia libański chlebek wraz z dwoma dipami. Pieczywo naprawdę smaczne, a dipy robione na miejscu, bez żadnej ściemy – jeden pikantny pomidorowo-paprykowy, drugi jogurtowy z dodatkiem tahini. Oba bardzo w porządku.

Całą ucztę – bo pod względem rozmiarów jest to mała uczta – zapijam Lazizą, czyli gazowanym i bezalkoholowym napojem na bazie jęczmienia. Smakuje trochę jak piwo, tylko jest ciut słodsze. W ofercie są jeszcze warianty smakowe i przy następnej wizycie zdecyduję się na któryś z nich.

20160110_150136~2

Sonia wybrała kawę po arabsku. Nie była z niej zadowolona.
Sonia wybrała kawę po arabsku. Nie była z niej zadowolona.

Czy warto odwiedzić Humhuma? Jak najbardziej, to może bardzo malutki lokal z nie najniższymi cenami, ale oferujący ciekawą, wciąż rzadko spotykaną w Poznaniu kuchnię. Głównie dlatego przy pierwszej wizycie warto zamówić „talerz libański”, na którym znajdziecie esencję knajpy. Nawet jeśli, podobnie jak ja, nie wszystkie znajdujące się na nim dania lubicie na co dzień. Może w Humhumie się przekonacie? Sam pozostałem wiernym przeciwnikiem falafeli i hummusu, ale przecież niekoniecznie tak będzie też z Wami. Jeśli jednak nie chcecie wydawać pieniędzy na eksperymenty, bierzcie mix koft albo kurczaka – będziecie zadowoleni.

 

Lokalizacja: Ostrówek 15, Poznań | fanpage

Ceny:
* talerz libański dla 2 os. – 85 zł
* Laziza – 10 zł

Smakowitość 80%

Współczynnik „zwycięstwa z anoreksją”: mała uczta

Ocena Ogólna

Dobra knajpa

Wasza Ocena

Oceniacie tę knajpę na:
3.97/5 (33)
Ja oceniam na...

  • Radek Rutkowski

    Hummus jest słaby – w gruncie rzeczy najgorszy, jaki w życiu jadłem i pierwszy, który mi wybitnie nie smakował. Jest po prostu zbyt gorzki.
    Reszta całkiem OK, chociaż te wszystkie pikle to zupełnie nie moja bajka. Ogólnie trochę zawód – z podobnych klimatów znacznie bardziej smakowało mi w Morocco na Mielżyńskiego, marokańską na Rybakach mam nadal tylko w planach…

    • Niestety, Maroko Slow Food na Rybakach się zamknęło.

      • Radek Rutkowski

        Ups… szkoda :(.

    • Bartosz Świgoń

      Był gorzki bo był polany Libańską oliwą z oliwek i ona ma specyficzny posmak goryczki. Hummusy same w sobie przereklamowane i na pewno nie nadają się na danie główne. Jednak jako przekąska są całkiem ok

      • Radek Rutkowski

        Polany może być na wierzchu, ale nie w środku… Obstawiam jednak za dużo tahini 🙂

  • Marta Klara Wojciechowska

    jak jadłam ten ‚talerz’ cieszyłam się właśnie najbardziej z hummusów i falafeli ;D wszystkie dania bardzo in plus, jak dla mnie, zwłaszcza kofta,bakłażany i hummus – ale ja jestem wielką jego fanką.Wróciłam do nich kilka razy – hummusy już mi tak nie smakowały, za to ich zupa z soczewicą – bardzo! najlepszy hummus w Pń to wg mnie Kahuna

  • Kamil Kromski

    Zawsze jak jesteśmy z żoną w Poznaniu, to korzystamy z okazji, żeby zjeść coś dobrego. Tym razem zachęcony opiniami wybraliśmy się właśnie do Hum Hum. Byliśmy bardzo głodni i ciekawi libańskich smaków. Nie zraziła nas nawet ciasnota lokalu, brak wentylacji i wszechobecny zapach smażonego oleju. Rekompensata miała przyjść na talerzach…Błyskawicznie zamówiliśmy 2 zupy, oraz jeden duży talerz rozmaitości dla dwojga. Do tego 2 libańskie napoje. Te ostatnie przyszły błyskawicznie, na resztę przyszło nam dłuuuugo czekać…. Po około 20 minutach od wejścia do lokalu zauważyłem, że klienci z 3 stolików, którzy przyszli przed nami dopili już swoje napoje i trochę znudzeni, ciągle czekają na jedzenie. Wyznaję zasadę, żeby nie drażnić osób, które mają ci podać jedzenie, więc czekaliśmy cierpliwie. Dotychczas na zupę nie czekaliśmy nigdy więcej jak 10-15 minut, a teraz minęło prawie dwa razy tyle. Na sąsiednich stolikach pojawiło się super wyglądające jedzenie, a w nas nadzieja, że może jednak warto czekać…Nadaremnie. Łącznie po 40 minutach czekania w końcu zapytałem kelnera o nasze zupy. Wyglądał na zdezorientowanego, zaczął tłumaczyć się, że przecież czekamy na danie główne, a na kuchni jest problem z butlą gazową. Żadnych przeprosin, czy czegoś w tym stylu. Gdy zniknął, prawdopodobnie „walczyć o gaz”, przeczekaliśmy jeszcze 10-15 minut. Nie zobaczyliśmy w tym czasie zup, głównego dania i samego kelnera. Minęła już prawie godzina, więc nie wiedząc na czym stoimy dopiliśmy po prostu nasze napoje. Głodni, totalnie zawiedzeni oraz śmierdzący smażonym olejem poszliśmy uregulować rachunek – 20 zł za napoje. Nikt nas nawet nie przeprosił. Mieliśmy wielkie nadzieje, byłem przekonany, że będziemy chcieli tu wrócić,a skończyło się mega klapą.