Wyszukiwarka

Taj India (Poznań)

W latach 90. piałbym z zachwytu, dziś przeżywam rozczarowanie.

To Wy poleciliście mi Taj Indię – wygrała ona w głosowaniu na miejsce, które powinienem odwiedzić w sierpniu. Wcześniej dużo o niej słyszałem i odniosłem wrażenie, że dla wielu jest to miejsce wręcz kultowe. Jadę z Sonią nad Maltę, żeby to sprawdzić.

Na miejscu wita mnie wystrój typowy dla indyjskich restauracji. Robi klimat, choć powinien doczekać się jakiegoś liftingu – raz, że ściany są brudne, a dwa, że wpuściłbym tu trochę więcej słońca, nieco rozjaśnił to miejsce.

W ogóle lokal jest ogromny. Multum stolików i wszystkie zajęte. Jest słoneczna niedziela, więc mnie to nie dziwi – w taki dzień jak ten lepiej zarezerwować stolik.

Niestety, prowadzenie tak dużej knajpy rodzi pewne problemy. Takie jak choćby obsługa – ktoś musi sprawnie dbać o komunikację na linii kuchnia – goście i o to, by ci drudzy czuli się dobrze. Najmądrzejszym rozwiązaniem wydaje się więc przypisanie kelnera do konkretnych stolików – zazwyczaj się sprawdza. W Taj India robi się to inaczej: kto inny wskazuje stolik, kto inny przyjmuje zamówienie, kto inny je przynosi i komu innemu płaci się rachunek. Przynajmniej tak jest w moim przypadku. Z jednej strony nie wiem, komu daje ew. napiwek, co prowadzi do tego, że jednak tego nie robię. Z drugiej – wszystko trwa i trwa. Zanim ktoś do nas podchodzi i pyta, co podać, mija kilkanaście minut.

Inna sprawa, że wybranie czegokolwiek z karty złożonej z jakichś 100 pozycji nie jest najprostsze i chwilę jednak zajmuje. Rozumiem, że tak wygląda menu indyjskich restauracji na całym świecie, ale nie zawsze to, co robią wszyscy, jest godne naśladowania. Wystarczyłoby skrócić ofertę o połowę i już byłoby lepiej i łatwiej. Albo chociaż wskazać kilka, maksymalnie 10 dań, które poleca „szef kuchni” – wtedy ktoś, kto przychodzi po raz pierwszy, wie doskonale, co szczególnie warto spróbować. W takiej sytuacji jak ta, mamy w karcie 100 potraw, w których pewnie jest trochę perełek i mnóstwo dań przeciętnych. I weź tu je wyłów.

Nam się to nie udaje. Na przystawkę jemy zupy. U mnie – madras rasam, czyli pikantna zupa z soczewicy. Rzekoma ostrość jest niczym innym jak jednym wielkim kłamstwem. To łagodna zupa-krem, całkiem niezła, ale jednak towar niezgodny z opisem.

Screenshot_2016-08-09-19-19-09-01

Lepiej wypada zupa Soni – z krewetkami i kukurydzą. Przy pierwszym spotkaniu – jarzynowa. Przy drugim – mocno zalatująca czosnkiem. Przy trzecim – o proszę, są krewetki, w dodatku całkiem smaczne. To chyba najciekawsze danie ze wszystkich.

Zarówno chicken boti, jak i achari lamb nie robią na nas większego wrażenie. Bardziej rozczarowuje to drugie – jagnięcina w sosie z warzyw z czosnkiem i imbirem – które choć ma być lekko pikantne, jest dość płaskie i łagodne. Spory plus za smaczne mięso, ale poza tym niewiele się tu dzieje.

Screenshot_2016-08-09-19-21-55-01

Ciekawiej jest w przypadku kurczaka w sosie jogurtowo-pomidorowym z dodatkiem czosnku, prażonej cebuli, imbiru i „indyjskich przypraw”. Znów jednak danie lekko pikantne smakuje jak łagodne i nie czuć choćby odrobiny ostrości. Za dzieciaka wielokrotnie słyszałem, że w Wielkopolsce dań się nie doprawia – to taki głupi stereotyp, który jednak w tym przypadku znajduje potwierdzenie. Lekko nie znaczy wcale. Chyba że w Taj India, gdzie wszystkie 3 dania tak oznaczone okazują się po prostu łagodne.

Screenshot_2016-08-09-19-20-50-01

Sytuację ratują czosnkowe chlebki naan – coś, co trudno spieprzyć i coś, co zawsze smakuje.

Niemniej, z Taj India wychodzimy rozczarowani. Trochę nie rozumiem wielu pozytywnych opinii, bo jedzenie w żadnym momencie nie zachwyca, jest raczej dość przeciętne (choć trzeba przyznać, że porcje spore). Może źle wybraliśmy, ale knajpa w żaden sposób nie pomaga swoim gościom zrobić tego dobrze. Obsługa nie robi dobrego wrażenia, a weekendami jest tłoczno i głośno jak w dalekosiężnych TLK.

Odnoszę wrażenie, że to trochę relikt przeszłości – kiedyś może i fajny, ale dziś wciąż mentalnie w latach 90. Swój obecny sukces zawdzięcza chyba już tylko lokalizacji, sentymentowi i temu, że w Poznaniu nie ma w temacie kuchni indyjskiej zbyt dużej konkurencji. Czekam, aż otworzy się coś nowego i mniej siermiężnego.

Lokalizacja: Wiankowa 3, Poznań | fanpage

Ceny:
* madras rasam – 9 zł
* zupa z krewetkami i kukurydzą – 14 zł
* chicken boti – 34 zł
* achari lamb – 39 zł
* naan garlic – 7 zł

Smakowitość:

madras rasam 60%
zupa z krewetkami i kukurydzą 70%
chicken boti 65%
achari lamb 55%
garlic naan 75%

Współczynnik „zwycięstwa z anoreksją”: za mało mocy

Ocena Ogólna

Słaba knajpa

Wasza Ocena

Oceniacie tę knajpę na:
3.62/5 (37)
Ja oceniam na...

  • Trzeba było po Taj Indii podejść do 3 kolorów naprawić rozczarowanie 😀

  • kszaku1983 .

    Jakieś 3 miesiące temu trafiliśmy z żoną

  • Martyna

    Jak pisalam na fejsie- ciesz się, że nie jadłeś w barze pod restauracją (również należącym do Taj)! Miałam ,,przyjemność” tam pracować i po tym doświadczeniu mam obawy przed jedzeniem poza domem… :/

  • Byliśmy tam ze znajomymi jakoś 2 miesiące temu i chyba dobrze wybraliśmy z karty, bo jedzenie było dobre. Niemniej wybór z tak obszernej karty jest strasznym problemem dla mnie. Przy takiej ilości dań zastanawia mnie też świeżość składników…

    • W przypadku takiej kuchni jak ta raczej nie masz się czego obawiać. To tak naprawdę wariacje nt. kilku-kilkunastu dań z paroma zmiennymi. 😉

  • Kuba

    Dziwisz się? Skoro ludzie też zachwycają się nad pekinem, a takie warung bali upadło?
    Chyba, nie muszę nic więcej mówić 😉