Wyszukiwarka

TASAKY (Poznań)

Kuchnia azjatycka w cenie premium. Ale czy idzie za nią jakość?

Jeszcze kilka tygodni temu powiedziałbym, że nie. Dziś jestem raczej pozytywnie nastawiony, choć wciąż kwoty przy daniach w karcie budzą moje wątpliwości.

Zacznę jednak od początku, czyli od pierwszej wizyty, która miała miejsce jeszcze w styczniu. Wybrałem się typowo „na zwiady”, czyli z zamiarem sprawdzenia jednego, góra dwóch dań – pomaga mi to w ocenieniu, czy nowa knajpa jest już gotowa na recenzję, czy jednak warto dać jej trochę czasu na doszlifowanie paru kwestii. Nie interesuje mnie bowiem pisanie szybko dezaktualizujących się artykułów, a zmiany są nieodłącznym elementem nowych na rynku lokali, które początkowo ten rynek nieustannie badają.

W tym przypadku uznałem, że warto poczekać, choć TASAKY od wejścia prezentują się znakomicie – elegancki wystrój z azjatyckimi akcentami, w sam raz nadający się na biznesowy lunch czy bardziej formalną okazję. Do tego fachowa obsługa kelnerska, której przy okazji nie nazwałbym ani przesadnie spiętą, ani zbyt wyluzowaną.

Niestety, w styczniu rozczarowało mnie jedzenie, którego jakość jak na mój gust była totalnie oderwana od naprawdę wysokich cen. Spróbowałem bao, czyli bułeczek przygotowywanych na parze z nadzieniem z chrupiącej kaczki, sosu hoisin i pikli (31 PLN). Jeśli chodzi o wielkość, była to raczej przystawka, a w kwestii smaku… Cóż, miałem ambiwalentne odczucia. Z jednej strony kaczka w sosie hoisin naprawdę przypadła mi do gustu, z drugiej bułeczka bao smakowała jak najtańsza pyza z dyskontu.

Rozmawiałem później z szefem kuchni – przyznałem mu rację, że bez sensu sprowadzać bao z Azji i nie tędy droga. Niemniej, zamiast zamawiać wątpliwej jakości pyzy z piekarni, lepiej byłoby je robić na miejscu i tego oczekiwałbym płacąc ponad 30 PLN za danie, które ma raczej pobudzić mój apetyt. W odpowiedzi usłyszałem, że kuchnia nie jest do tego przystosowana. W takim razie po co w ogóle umieszczać bao w karcie? Poczułem, jakby to danie było umieszczone w menu na siłę, bo na pewno wzbudzi ciekawość i dobrze się sprzeda.

Znajomy w tym czasie jadł kurczaka torikatsu (32 PLN) – mięso panierowane w panko, sos tonkatsu i colesław z białej rzepy i kapusty pekińskiej. Proste danie, które w smaku przypominało zwykły kolet z piersi, podane z naprawdę konkretnym sosem. Z jednej strony rozumiem, dlaczego pojawiło się w karcie – bo wszyscy lubią drób, więc będzie się sprzedawał jak świeże bułeczki albo nawet jak bułeczki bao – z drugiej wyobrażam sobie rozczarowanie klientów, którzy się skusili na tę potrawę. Nie wiedząc, co do końca zamawiają w połączeniu z wysoką jak na kurczaka ceną, mogli spodziewać się wyjątkowych smaków, a tu – nie licząc dobrego sosu – płasko i bez wyrazu.

Promyczkiem nadziei okazał się deser – pudding z dzikiego ryżu, mleka kokosowego i mango. Absolutna rewelacja, którą mógłbym jeść codziennie na śniadanie lub podwieczorek. Inny świat, niebo w gębie, coś naprawdę pięknego i wyjątkowego. Gdyby nie on, to nie wiem, czy bym tu jeszcze wrócił. Tym bardziej, że zewsząd – a w zasadzie od osób, które znam i szanuję za wiedzę dotyczące kuchni, zwłaszcza tej azjatyckiej – słyszałem, że TASAKY to taka wydmuszka: wystrój totalny, obsługa na poziomie i dania, które ładnie wyglądają, ale pod względem smaku są jedynie marną imitacją tego, co naprawdę dzieje się w Azji. Sporo narzekań na płaski, mało kolagenowy ramen i na bao, które niestety miałem okazję spróbować.

No ale wróciłem. To w dużej mierze Wasza zasługa, bo wybraliście TASAKY na restaurację, którą muszę koniecznie odwiedzić w marcu. Przed wizytą dostałem jednak informację, że w połowie kwietnia menu knajpy przejdzie olbrzymie zmiany, więc zapytałem osoby obsługujące jej fanpage, jakie dania na pewno zostają, a jakie uciekają z oferty. Wszystko po to, by – tak jak pisałem wcześniej – tekst nie zdezaktualizował się zbyt szybko.

Ku mojemu zadowoleniu zniknąć ma i bao, i kurczak torikatsu, i ramen, o którym tyle złego słyszałem. Z obecnej karty w nowej pozostanie w zasadzie tylko kilka dań, w tym tajskie zupy tom kha i tom yum, pad thai, stek wołowy, kaczka w tempurze i deser mochi mochi. Co pojawi się w miejsce usuniętych potraw? Tego niestety nie wiem, ale mam nadzieję, że tym razem karta będzie ciut krótsza.

W każdym razie drugą wizytę zacząłem od zupy tom yum z kurczakiem (21 PLN). Drobiowy bulion z boczniakami o wyraźnym posmaku trawy cytrynowej i limonki, a jednocześnie dość pikantny. Tom yum to nie jest tak głęboka zupa jak pho i nie dzieje się w niej tyle, co w ramenie, więc raczej pomaga ona w rozbudzeniu apetytu i w tej roli spisuje się świetnie.

Mój głód w pełni zaspokaja już danie główne, czyli kaczka w tempurze (59 PLN) podana z sosem hoisin, ryżem i piklami. To danie ma mocne dwa, dość przewidywalne elementy. Pierwszym jest dobrze przygotowana i chrupiąca tempura, drugim przepyszny sos hoisin. Samo mięso też jest w porządku i na pewno przypadnie Wam ono do gustu. Gorzej z piklami, które chyba spędziły za mało czasu w marynacie, przez co nie do końca nią przesiąkły – tę część dania warto poprawić.

Spróbowałem od znajomego także pad thaia z kurczakiem z wolnego wybiegu (39 PLN) i moim zdaniem jest to drugi najlepszy pad thai w Poznaniu. Smakuje o wiele lepiej od mało wyrazistych moim zdaniem dań z Fast Woka i Why Thai. Sos podawany jest tutaj w osobnej buteleczce, więc można dawkować go wedle uznania – polecam lać go w dużej ilości, bo to właśnie on jest esencją tej potrawy. Lepszy pad thai podają w Raju na Śródce, przynajmniej jak na mój gust. Tamtejszy sos jest dla mnie ciekawszy. W TASAKACH czuć przede wszystkim tamaryndowca oraz cukier palmowy, w Raju do głosu dość mocno dochodzi jeszcze sos rybny, co jednak dla wielu może być nie do przełknięcia.

Na deser wybrałem mochi mochi, czyli danie kuchni japońskiej. Oryginalnie są to ni to kluski, ni to ciastka z klejącego ryżu, często nadziewane np. pastą z czerwonej fasoli. W TASAKACH podaje je się jednak w mroźnej formie. Są to de facto lody owinięte w ciasto ryżowe w trzech smakach: wspomniana przed chwilą czerwona fasola, zielona herbata i jakieś cytrusy, których szczerze mówiąc dokładnie nie zidentyfikowałem. Pierwszy z wymienionych rodzajów mi nie zasmakował, inne już tak. Drugi raz raczej bym mochi mochi nie zamówił, ale przy pierwszym podejściu chyba jednak warto, bo to rzeczywiście odkrywanie czegoś nowego.

Generalnie z TASAKAMI mam problem. Bo ceny są wysokie i choć wiem, że w restauracji płaci się również za wystrój, obsługę i elitarny klimat, to jednak wciąż w wielu przypadkach wydają mi się to kwoty zbyt wygórowane. Pod względem wrażeń smakowych jest znacznie lepiej niż na początku, ale wciąż mam wrażenie, że da się lepiej i ciekawiej. Na pewno mocno pomogłoby ograniczenie liczby dań w karcie, która wydaję mi się zbyt mocno rozbudowana. Tu Japonia, tam Indonezja, gdzie indziej Tajlandia, w innym kącie Chiny – takie skakanie z kwiatka na kwiatek, które wystarcza, jeśli chce się być tylko dobrym, a nie wybitnym.

Zatem trzymam kciuki za TASAKY – za dalszy rozwój i za udowodnienie, że wysokie ceny są też adekwatne do jakości jedzenia. Na razie jest dobrze. Jak będzie? To się okaże w ciągu najbliższych miesięcy.

Lokalizacja: Za Bramką 1, Poznań | fanpage

zakres cen: powyżej 50 PLN

Ocena Ogólna

Dobra knajpa

Wasza Ocena

Oceniacie tę knajpę na:
3.83/5 (46)
Ja oceniam na...