Wyszukiwarka

Afrykasy (Warszawa)

Z czym się je kuchnia etiopska?

Złośliwcy powiedzą: z niczym, bo tam tylko głód i bieda. Oczywiście to błędne myślenie i to na wielu płaszczyznach, ale to nie czas i miejsce, by na ten temat dyskutować. Mi na hasło „kuchnia etiopska” zawsze przed oczami staje uczta, którą przygotowywano dla abisyńskiego cesarza Hajle Selasje w powieści „Obsługiwałem angielskiego króla” czeskiego pisarza, Bohumila Hrabala.

Tyle że w tej książce została ukazana kuchnia etiopska w wersji „na wypasie”, w sam raz dla królewskiego podniebienia. Wielbłądy nadziewane krowami, które były nadziewane świniami, które też były faszerowane, ale drobiem i tak dalej, i tak dalej. Nie pomnę już dokładnego opisu, ale tak to właśnie mniej więcej się prezentowało.

Jak wygląda kuchnia etiopska w wydaniu bardziej „ludzkim”? W Polsce nie jest to zbyt popularny kulinarny kierunek, więc nie wiedziałem tego aż do dzisiaj.

Dziś bowiem odwiedziłem Afrykasy – lokal gastronomiczny w Warszawie, znajdujący się dokładnie na granicy słynnego Mordoru, biurowego zagłębia stolicy i całego kraju oraz Ursynowa, o którym kiedyś raper Pezet dumnie mówił „Ursynów, skurwysynu!”. Mowa o ulicy Postępu 5 i miejscu znanym jako Skład Bananów, gdzie oprócz Afrykasów znajduje się Hanoi Street, tani i smaczny „wietnamczyk” oraz znane mi z Poznania Juicy ze swoim warszawskim oddziałem.

Znając Skład Bananów wcześniej, spodziewałem się powtórki z Hanoi Street, czyli wyglądającego dość słabo baru z zaskakująco dobrym jedzeniem. W Afrykasach ktoś się jednak mocno przyłożył do wystroju. Nigdy nie byłem w Etiopii – ba!, najdalej na południu to byłem w Tunezji – ale wchodząc do lokalu poczułem ten afrykański klimat sawanny.

Menu wydaje mi się dość dziwnie skonstruowane. Albo mogę zamówić lunch, albo wielki zestaw, combo kilku różnych dań. Na lunch składają się 4 dania – w wersji bezmięsnej (19 PLN) same wegetariańskie, a w wersji mięsnej (24 PLN) trzy wege i jedno pełne białka zwierzęcego. Ja jednak skusiłem się na większy zestaw – pomyślałem, że raz się żyje i skoro jem coś etiopskiego po raz pierwszy, to warto poznać szerszy przekrój dostępnego jedzenia. Oczywiście zdecydowałem się na wariant mięsny (50 PLN, 2 dania wege, 3 z baraniny i wołowiny). Opcja bezmięsna była zdecydowanie tańsza (35 PLN i 5 dań), ale sami rozumiecie…

Na wielkim srebrnym talerzu dostałem dużego, całkiem pulchnego naleśnika (ale nie tak wyrośniętego jak amerykańskie pankejki), na którym znalazły się 3 drobno pokrojone mięsa w sosach, dwie wersje soczewicy, jeszcze jeden naleśnik, tyle że zawinięty w rulon i przecięty na pół oraz sałata z pomidorem. To ostatnie to chyba taki polski dodatek – pewnie po to, aby „ładnie wyglądało” i ew. pomogło załagodzić pikantne smaki. Moim zdaniem był on zupełnie niepotrzebny, bo poza tym całość – i jedzenie, i klimat budowany przez prawdopodobnie Etiopczyka z krwi i kości – przynajmniej wydawały się bardzo autentyczne.

Z mięs była baranina na ostro i na łagodnie oraz pikantna wołowina. Wszystko do siebie bardzo podobne – ot, mięso w gęstym, lekko lepiącym się sosie pełnym przypraw i aromatów. W wersji ostrej baranina była troszkę żylasta, zaś najbardziej podeszła mi chyba wołowina, również dlatego że przodowała, jeśli chodzi o pikantność. Nie powiem, na czole pojawiło się więcej kropel niż parę, a włosy na głowie miałem wręcz mokre. Przy okazji nie było tego efektu ostrości, za którym nie przepadam – nie piekło mnie ani w jamie ustnej, ani w gardle i czułem wszystkie smaki bardzo wyraźnie.

Jeszcze słowo o cenie: 50 PLN to kupa szmalu. Z drugiej strony, to na tyle duże i sycące danie (zwłaszcza jeśli pożre się jeszcze naleśniki), że dwie osoby też mogłyby się tym najeść (ale na pewno nie objeść). 25 PLN na głowę nie wygląda już tak tragicznie.

Mimo pozytywnych odczuć względem Afrykasów, nie bardzo czuję się kuchnią etiopską zaciekawiony. Mięsne dania są do siebie bardzo podobne i smaczne, ale nie intrygujące czy zaskakujące. Nie wiem, może dokładnie tak wygląda kuchnia etiopska i nie ma nic więcej do zaoferowania. Jeśli nie, to byłoby fajnie, gdyby właściciel troszkę urozmaicił swoje menu.

Na pewno warto odwiedzić to miejsce – chociażby po to, żeby poznać nieznane i spróbować czegoś nowego. Czy po takim jednym randez-vous z kuchnią etiopską będziecie chcieli spróbować jej ponownie? Tego nie gwarantuję. Ja pasuję, a swój wzrok chyba po raz kolejny skieruję w stronę azjatyckich smaków.

PS Tak, dobrze widzicie. Na talerzu, na pikantnej wołowinie, było jeszcze ugotowane na twardo jajo. Śmieszna sprawa.

Lokalizacja: Postępu 5, Warszawa | fanpage

zakres cen: 20-30 PLN

Ocena Ogólna

Dobra knajpa

Wasza Ocena

Oceniacie tę knajpę na:
4/5 (3)
Ja oceniam na...