Wyszukiwarka

Barn Burger (Warszawa)

Kiedy legenda staje się cieniem samej siebie.

W biznesie gastronomicznym istnieje strategia rozwoju, która zakłada, że przez pewien czas dbasz o jakość, wyrabiasz sobie markę i budujesz społeczność wiernych i oddanych fanów. Gdy już to zrobisz, obniżasz loty i zaczynasz stosować gorsze produkty, pozostając przy tych samych cenach. Koszty prowadzenia lokalu gastronomicznego zmniejszają się, marża się zwiększa, a właściciel zarabia więcej.

Zobacz videorecenzję i zasubskrybuj mój kanał na YouTubie

To tak w dużym uproszczeniu. W powyższym akapicie nie uwzględniłem choćby wzrastających cen żywności (a więc składników niezbędnych do prowadzenia działalności tego typu) i wielu innych aspektów. Niemniej, jeśli śledzicie to, co dzieje się na polskim rynku gastronomicznym, to pewnie zauważyliście, że istnieją knajpy, które zaczynają z wysokiego C, by po jakimś czasie – często po paru latach – nie tyle osiąść na laurach, co skoczyć na główkę i przebić dno.

Bardzo mnie to smuci, ale odnoszę wrażenie, że taką właśnie strategię objął Barn Burger – niegdyś moja ulubiona burgerownia w Polsce, które wyznaczała trendy i pokazywała, jak powinno się podawać wołowinę w bułce. To tutaj Chłop z Mazur mierzył się z konkretnym potworem, czyli By-Passem. To tutaj zjadłem burgera, który był przez długi czas najlepszym burgerem, jaki kiedykolwiek zjadłem. To tutaj pojawiła się też kompozycja „Wygrywam z Anoreksją”, której autorem był człowiek przez wiele lat odpowiadający za techniczną stronę tego bloga.

Ostatnio tu wróciłem po latach i przeżyłem jedno z największych rozczarowań, odkąd zacząłem pisać i mówić o jedzeniu. Zamówiłem burgera, którego pamiętałem sprzed lat – to właśnie o Sekrecie Zdzicha (26 PLN) mówiłem, że jest on bliski burgerowemu ideałowi. Że do pełni szczęścia brakuje jednego suszonego pomidora albo dwóch.

Teraz do pełni szczęścia brakuje w zasadzie wszystkiego. Jedynie bekon jest taki, jak należy – sztywny, chrupki i aromatyczny. No dobra, jajko sadzone też daje radę. Reszta leży.

Bułka zdaje się być lekko napompowana, przez co rozpada się przy jedzeniu. Wołowina smakuje nijako – ani nie jest doprawiona, ani sama w sobie nie robi dobrego wrażenia. Fajnie, że nie wysmażono jej na kamień, ale pamiętam inną, znacznie wyższą jakość mięsa. No a szpinak? Jest okej, ale trochę go mało.

Najgorsze są jednak sosy. Jakaś różowa, ciągnąca się maź, która smakuje naprawdę obrzydliwie. Nie wiem, co to było, ale porównałbym to do uwalenia dobrej pizzy jakimś podłym keczupem. Tyle że ten burger i bez obecności tego sosu byłby niesmaczny.

Byłem głodny, zjadłem więc bułę do końca. Połowę frytek zostawiłem, bo też wydawały mi się jakieś inne niż przed laty. Jakby cieńsze i gorzej doprawione. Ratował je tylko bardzo dobry sos BBQ. Colesław to ta sama bajka co kiedyś, nigdy on nie porywał.

Niesmak pozostał na kilka godzin, czułem się i czuję dalej zdegustowany. Kiedyś najlepsza burgerownia w kraju, dziś nie chcę do niej za żadne skarby wracać. Niestety, to nie tylko wina tego, że konkurencja bardzo Barnowi odjechała i taki Fat Bob z Poznania to zupełnie inna liga. Wyraźnie czuć pogorszenie jakości używanych składników, wykonanie też nie jest takie jak kiedyś. Smutek. Ogromny smutek w moim sercu.

Gdybym te parę lat temu przyznawał gwiazdki, dałbym na pewno maksymalną notę. Dziś waham się między jedną a dwoma. Naciągam do dwóch gwiazdek tylko ze względu na klimat miejscówki i szacunek do bekonu. Mimo jakichś pojedynczych plusów Barna nie polecam.

Lokalizacja: Złota 9, Warszawa | fanpage

zakres cen: 20-30 PLN

Ocena Ogólna

Słaba knajpa

Wasza Ocena

Oceniacie tę knajpę na:
3.35/5 (26)
Ja oceniam na...