Wyszukiwarka

THAISTY (Warszawa)

Momentami trochę za słodko. Ale przy tym przepysznie!

Bardzo lubię szeroko rozumianą kuchnię wschodnioazjatycką za to, że potrafi łączyć wszystkie smaki w jednym daniu, przez co słodycz pojawia się już w głównej potrawie, a nie dopiero w deserze. Nie lubię monotonii i lubię, gdy na talerzu dużo się dzieje.

Zdarza się jednak, że mi to nie pasuje. Zazwyczaj dlatego, że różnorodność smaków zapewniają składniki takiej sobie jakości i całość zamiast zniewalać, odpycha sztucznością. W THAISTY na takie produkty wprawdzie nie trafiłem, ale po raz pierwszy było dla mnie zbyt intensywnie. Uściślając: za słodko.

Zacząłem od zupy z kaczki (25 PLN), która okazała się wprost doskonała. Całkiem sycąca porcja oparta na makaronie ryżowym, kolendrze i głębokim, kaczym wywarze z wyraźnym, lekko słodkim tłem. Tego dnia w THAISTY spróbowałem kilku różnych dań, ale ta zupa była zdecydowanie najlepsza. Jeśli kiedyś tu wrócę, prawdopodobnie wybiorę ją ponownie.

Powtórnie raczej nie zdecyduję się na Gaeng Matsaman (41 PLN) – curry z fioletowym ziemniakiem, wołowiną, nasionami lotosu, orzeszkami ziemnymi i domowymi plackami roti. Paradoksalnie pierwsze kilka, kilkanaście kęsów było prawdziwym rajem dla podniebienia – bogactwo przypraw, wyczuwalna słodycz i lekka pikantność dania zrobiły na mnie kolosalne wrażenie. Siedziałem, jadłem i mówiłem sobie w duchu, że wybrałem naprawdę doskonałą potrawę, wręcz rozpierała mnie z tego powodu duma. Chwilę później doszło jednak do mnie, że ta wspaniała słodycz zaczyna mnie zwyczajnie męczyć. Dojadłem do końca, ale już nie tak uśmiechnięty, jak przy pierwszej łyżce.

Słodki był także pad thai (35 PLN), flagowe danie z Tajlandii, które w THAISTY wprawdzie bardzo mi smakowało, ale nie wiem, czy i nim bym się na dłuższą metę nie zmęczył. Skubnąłem tylko kilka gryzów z sąsiedniego talerza i gdybym miał go zjeść w całości, to mogłoby mi trochę zabraknąć jakiegoś smaku przełamującego słodycz pochodzącą z sosu z tamaryndowca. Przydałaby się kapka jakiegoś dobrego sosu rybnego.

Próbowałem jeszcze dwóch dań. Jeeb mo (20 PLN), czyli pierożków z pary z marynowaną, drobno siekaną wieprzowiną, kawiorem tobiko i słodkim sosem (jakby tej słodyczy nie było mi dość) oraz gaeng phet (36 PLN), tj. czerwonego curry z bambusem, cukinią i kurczakiem – jedynej potrawy, która zagwarantowała mi nieco inne doznania smakowe. Było przede wszystkim ostro, ale pikantnie w ten fajny sposób, kiedy jesteś w stanie wyczuć też walory wszystkich innych użytych w danym daniu składników.

Choć przez cały czas narzekam, to zauważcie, że kręcę nosem wciąż na jedno i to samo. Poza tym wizyta w THAISTY była naprawdę fantastycznym doznaniem. Knajpa ma klimat i oferuje przy tym bardzo smaczne i ciekawe jedzenie. Rzeczywiście, ta słodycz mocno dała mi w kość, ale może to przez niefortunny wybór dań? Gdybym zamówił dla siebie zupę z kaczki i czerwone curry, prawdopodobnie nie marudziłbym wcale. Niech ostateczną rekomendacją dla Was będzie to, że odwiedzając THAISTY wraz z sześciorgiem znajomych, wszyscy wyszli z lokalu zadowoleni. Ba, jedna osoba nawet troszeczkę przekonała się do kuchni azjatyckiej!

PS Pamiętajcie o rezerwacji. Knajpa zdaje się być wiecznie oblężona.

Lokalizacja: Plac Bankowy 4, Warszawa | fanpage

zakres cen: 30-50 PLN

Ocena Ogólna

Dobra knajpa

Wasza Ocena

Oceniacie tę knajpę na:
4.88/5 (8)
Ja oceniam na...