Wyszukiwarka

13 znienawidzonych „przysmaków” z dzieciństwa, których wciąż nie cierpię

Nienawidzone przed laty, nienawidzone dzisiaj.

Dzieciństwo to piękny okres. Mały człowiek poznaje świat, co go bardzo mocno kształtuje. Miałem bardzo dobre dzieciństwo, za które mogę tylko dziękować moim rodzicom. Jednak, posługując się najbardziej wyświechtaną z metafor, w każdym miodzie możesz znaleźć łyżkę dziegciu. Ze swojego słoika wyciągam 13 parszywych wspomnień.

Brukselka

Moje pierwsze spotkanie z nią datuję na grupę starszaków w przedszkolu. Pływała w zupie warzywnej, za którą w sumie też nie przepadam. Na swoje nieszczęście spróbowałem. Na swoje szczęście zrobiłem to, kończąc obiad. Wstałem, przeszedłem parę kroków i ta sama brukselka, która jeszcze niedawno radośnie puszczała do mnie oczko z talerza, znalazła się na podłodze. Zresztą nie tylko ona. Od tego czasu brukselki nie tykam, nie byłem w Brukseli i dużo belgijskiego piwa wypiję, zanim odważę się spróbować to przeklęte warzywo.

Kożuch w mleku

Zostajemy w przedszkolu. Nigdy nie byłem z tych, którzy płakali na widok zupy mlecznej. Ja tam się nią zajadałem. Jednak podobnie jak inne dzieciaki, wprost nienawidziłem kożuchów, które robiły się na jej powierzchni. Ani to smaczne, ani nie wygląda apetycznie. Zło tego świata w pigułce.

Kawowe cukierki i praliny

Jakaś okazja. Powiedzmy: Twoje urodziny. Teraz tak często to się nie zdarza, ale jeszcze dziesięć lat temu bombonierki były na porządku dziennym. Zanim spróbowałeś jakiejś praliny, musiałeś sprawdzić, z czym one dokładnie są, bo jeśli tego nie zrobiłeś, to ZAWSZE trafiałeś na kawową. Często nie miałeś tyle cierpliwości, by sprawdzić, więc na twarzy gościł grymas. Mój hejt na kawowe praliny wykorzystywał dziadek, który bardzo lubił psikusy. W sumie dalej je lubi, choć babcia na niego krzyczy, ale już jestem starszy i nie daję się tak łatwo nabierać. Jego podstawowym żartem wprawdzie jest zostawienie papierków po cukierkach na choince (w taki sposób, by wyglądały jak nieruszone, pełne zawartości), ale drugim było podkładanie pralin kawowych. Do dziś ich nie jem. Kawy też raczej nie pijam.

1

Schab ze śliwką

Od dziecka miałem jakiś uraz do śliwek. W zasadzie nie wiem do końca dlaczego, może nie rozumiałem wyrażenia „wpaść jak śliwka w kompot”. W każdym razie nie jadłem ani świeżo zerwanych śliwek, ani powideł śliwkowych, ani – co moją babcię bolało chyba najbardziej – schabu ze śliwką. Oczywiście babcia, jak to babcia, próbowała dogodzić wnusiowi, nadziewając schab innymi owocami, np. morelą. Za tym farszem też jednak nie przepadałem, więc przy rodzinnych obiadach zawsze przygotowywała dwa osobne schaby: jeden dla wszystkich ze śliwką, drugi tylko dla mnie, bez żadnego nadzienia. Robi to do dzisiaj, mimo że chętniej jem ten z owocem. Można zatem powiedzieć, że wciąż go nienawidzę, skoro moja babcia tak twierdzi. Babcie się ponoć nigdy nie mylą. Zwłaszcza w sprawach kulinarnych.

Sok grejpfrutowy

Swego czasu, tata nazywał mnie „kaczką pijaczką”. Zmienił ten nawyk w okolicach 2005 roku, kiedy PiS doszło do władzy (nie chciałem nawiązywać do polityki, ale to prawda). Nie brało się to znikąd: pochłaniałem ogromne ilości soków i napojów, co kończyło się tym, że dorośli nie mieli co pić. I właśnie dla dorosłych powstał sok grejpfrutowy – cierpki i gorzki, nie do przełknięcia bez grymasu na twarzy. Już nie jestem dzieckiem, a dalej go nie znoszę. Nadaje się chyba tylko do drinków, ale wyłącznie jako jeden z kilku składników, nie w roli dopełnienia do wódki. Wychodzi na to, że docenia się go dopiero w momencie, gdy ma się własne dzieci. Długo się jeszcze nie polubimy, soku grejpfrutowy.

Buka

Ja wiem, że niejadalna, ale co się jej w dzieciństwie bałem, to moje. Musiała pojawić się na tej liście.

1

Wyroby czekoladopodobne

Prawdziwy koszmar dzieciństwa – czekolady, które z czekoladą miały tyle wspólnego, co Homer Simpson z abstynencją i umiarkowaniem w jedzeniu i piciu. Zazwyczaj już opakowanie krzyczało „Macieju, nie jedz tego!”. Ale po pierwsze babcia przecież dała, a po drugie ja nie spróbuję? No way. A później płacz, rozczarowanie i sztuczny posmak w jamie ustnej. Co gorsza, z wyrobów czekoladopodobnych robiono (i pewnie dalej się robi) tzw. słodycze okolicznościowe: „czekoladowe” mikołaje, „czekoladowe” bombki i tak dalej. One już wyglądem nie zdradzały, co kryje się w środku. I zawsze musiałem maskować swoją wściekłość na twarzy, gdy babcia pytała, czy smaczne, dodając, żebym przyjął jeszcze więcej, bo później dziadek będzie podjadał, a przecież nie powinien. Koszmar.

Bigos i gołąbki

Polskie dania narodowe. Zanim mnie ukrzyżujecie za to, że ich nie cierpię, to na swoją obronę dodam, że uwielbiam tatar, a pierogi ruskie wcinam jak mało kto na tym świecie. Wracając do tematu, przez wiele lat moja rodzina próbowała walczyć z moim brakiem upodobania do bigosu i gołąbków. Ten pierwszy jadłem na spółę z bratem: ja wyjadałem mięcho, on całą resztę – problem pojawiał się dopiero w Wigilię, gdzie mięsa z wiadomych względów nie ma, przez co nigdy nie udało mi się spróbować 12 potraw. Z gołąbkami sprawa miała się jeszcze prościej: odwijałem kapustę, oddawałem ją komuś i sam jadłem farsz. W końcu jednak wszyscy razem doszliśmy do tego, że to bez sensu. Lepiej późno, niż wcale.

Lukrecja

Bardzo długo nie miałem z nią styczności. W końcu w Polsce nie jest ona tak bardzo popularna. Ale zdarzyło się, że byłem z rodzicami i bratem w Danii. W zasadzie, to już z niej wracaliśmy. Promem. A na promie, wiadomo, strefa wolnocłowa, tani alkohol i tanie Haribo. Kupiono nam wielkie wiadro żelków. Były tam wszystkie możliwe rodzaje, ze sławnymi misiami na czele. Sęk w tym, że były też żelki koloru czarnego. Myślałem, że będą one miały smak coli, czy coś. Źle myślałem. Z niesmakiem w ustach wspominam do dziś. Coś okropnego.

2

Czekoladki z alkoholem

Wiśnie z likierem w czekoladzie, baryłki wedlowskie i tak dalej. Zawsze były kupione „niby przypadkiem” i „ojej, nie zauważyłem”. Zawsze! Po latach uważam, że to wszystko było jednak specjalnie. Po to, aby dorośli mogli jeść swoje słodycze i nie musieć się nimi dzielić z dziećmi. Z jednej strony uważam, że to całkiem przebiegłe, z drugiej wciąż tego nie rozumiem, bo mam już 25 lat, do wielu znienawidzonych w dzieciństwie rzeczy się przekonałem, ale do czekoladek z alkoholem nie mogę. Co w nich fajnego? Jak chcę zjeść słodkiego, to łapię za Milkę, a jak chcę poczuć alkohol, to piję piwo. Nie trzeba tego łączyć, to przecież takie proste!

„Sok jabłkowy”

Jeśli już przy „złocistym trunku” jesteśmy (ech, co za okropna hiperbola), to nigdy chyba nie zapomnę mojej reakcji na pierwsze zetknięcie z nim. Jakaś impreza rodzinna, możliwe że moje imieniny. Chciałbym się czegoś napić, więc sięgam po napój mojego taty, który wbrew moim przypuszczeniem nie okazuje się gazowanym sokiem jabłkowym, a piwem właśnie. Do dziś gardzę oszukanym sokiem jabłkowym i oszukanym browarem. I jeśli wciąż to dla Was za mało, by „sok jabłkowy” znalazł się na tej liście, to tak tylko dopowiem, że lagerów też raczej nie pijam. A ten napój mojego taty to na pewno był lager – kilkanaście lat temu chyba nie było w Polsce w sprzedaży innych piw.

2 pierogi jako porcja

Znów wracamy do przedszkolnych obiadów. Zgodnie z polskim zwyczajem, w piątki jadało się bezmięsnie – chyba po to, by żaden rodzić nie był urażony, teraz pewnie się do tego trochę inaczej podchodzi. Nie stawiano jednak na rybę, bo dzieci raczej za nią nie przepadają, a na „fajne dania” typu makaron z serem lub pierogi właśnie. Tyle że jeśli o te ostatnie chodzi, to podawano ich SKANDALICZNIE małą porcję. 2 pierogi i po sprawie? To ogromna zniewaga. W takie dni zawsze wracałem smutny z przedszkola. Tym bardziej, że z moimi babciami zawsze miałem inne ustalenia. 1 porcja to zawsze mój wiek +1. „Mam już 5 lat, więc jem 6 pierogów, babciu”. Potem oczywiście i tak brałem dokładkę.

Wyobraźcie sobie, że na tym talerzu są 2 pierogi. Smutny widok, prawda?

Wyobraźcie sobie, że na tym talerzu są 2 pierogi. Smutny widok, prawda?

Rodzynki w ciastach

Je umieszczam tylko dlatego, że szanuję wybór czytelniczy. Sam nic do rodzynek nie mam. Powiem nawet więcej: uwielbiam je w serniku! Nie mówię, że bez sernika nie ma rodzynek bez rodzynek nie ma sernika, to nonsens jak wysokie IQ Homera Simpsona (dwa różne odniesienia do tej samej osoby w jednym tekście, doceńcie to!), ale moim zdaniem czasem działają one na plus. Okazało się jednak, że OGROMNA rzesza moich czytelników wprost NIENAWIDZI rodzynek w ciastach wszelkiej maści, więc nie mogę tak po prostu pominąć tego faktu. Byłoby to zwyczajnie niemoralne. Tym bardziej, że to właśnie sprzeciw wobec rodzynek w cieście sprowokował mnie do napisania tego tekstu.

A że szanuję wspomniany wybór czytelniczy, to jestem bardzo ciekaw, jakich jeszcze rzeczy mniej lub bardziej jadalnych nienawidziliście w dzieciństwie i nienawidzicie dalej. Piszcie w komentarzach, będę się bacznie przyglądał!

  • A ja uważam, że wybrzydzanie jest dziecinne 😛

    Nie mówię tu o potrawach kontrowersyjnych, nietypowych, bo to jest raczej bariera psychiczna. Ani tym bardziej o kwestiach zdrowotnych. I jasne, że ma się swoje preferencje, i kiedy można, to się wybiera ulubione, a mniej lubianego unika. Ale jeśli ktoś gdzieś coś podaje, dorosły człowiek powinien być w stanie to zjeść.

    • Z jednej strony masz rację, z drugiej wydaję mi się, że nigdy nic na siłę. Jeśli ktoś czegoś nie lubi, to tego nie je i tyle. Wiadomo, co innego spotkania oficjalne, co innego obiad u rodziny lub przyjaciół – bliscy powinni wiedzieć, że zapraszany gość np. nienawidzi gołąbków. 😉

      • Tylko czym właściwie jest „nielubienie”? 😉 Preferencją czy niezdolnością do spożycia czegoś? 😉 Otwarcie na nowe, bądź nieuznawane smaki może być ciekawym doświadczeniem! Każdą rzecz można przyrządzić inaczej, lepiej, smaczniej!

        • Tylko i wyłącznie preferencją. Ja znam smak gołąbków w tradycyjnym polskim wydaniu i wiem, że ich nie lubię. Jeśli ktoś mnie kiedyś zaskoczy gołąbkami w innym wydaniu, wtedy na pewno ich spróbuję. 😉 To oczywiste, że nie warto się zamykać kulinarnie dlatego, że się czegoś nie lubi. 😉

        • Ania Cylka

          co innego nie lubię – nie jadłem, ale to też jestem w stanie uszanować. Ale nie lubię – bo takie mam preferencje chyba jest wystarczającym argumentem do nie zjedzenia czegoś. Porównałabym to do orientacji seksualnej – jak ktoś nie lubi tej samej płci, to nie próbuje z nią eksperymentować (zazwyczaj) tylko po to, żeby sprawdzić, czy może jednak to doświadczenie będzie ciekawe…

          • Tylko że preferencja oznacza właśnie preferowanie, czyli wolenie, a nie niemożność spożycia czegoś 😉 Preferencje ma każdy, ale nie w każdym okolicznościach można je zrealizować.

    • Ania Cylka

      a ja uważam zupełnie odwrotnie – dorosły człowiek powinien decydować świadomie o tym, co ląduje na jego talerzu i wszystkim innym wara od niego. W restauracji powinni respektowac rezygnacje ze składnika (chyba ze jest juz gotowe i tylko odgrzewane – powinni informowac, a nie podawać mimo uwag, bo przeciez i tak zeżre nie jest uczulony). Ja mam bardzo nietypowe nawyki żywieniowe (nie jem makaronu, chleba, do wszystkiego daję ketchup, a panierowanego miesa nie zjem za chiny ludowe) i nie ma opcji żeby mnie do tego zmusić. Nie robię jednak nigdy problemu i wybiorę zawsze ze stołu coś dla siebie, ewentualnie sciągnę panierkę ze schabowego albo ugotuję sobie coś sama w gościach. I mam do tego prawo, a jak ktoś tego nie szanuje, to po prostu nie jem i w dupie mam.

  • Aleksandra Kalowska

    ja byłam całe życie niejadkiem, „obrzydliwa” jestem do dzisiaj. i dlatego uważam, że każdy ma prawo czegoś nie lubić. i prosić o wyrzucanie koperku ze wszystkich potraw świata 😉
    PS chociaż z doświadczenia: jak ktoś nie lubi pierogów ruskich, musi być złym człowiekiem. serio. nie ma dobrych ludzi nielubiących pierogów babci, NO NIE MA.

    • Pełna zgoda co do koperku! Pełna!

      • Aleksandra Kalowska

        właśnie dlatego Meg Ryan w filmie „Kiedy Harry poznał Sally” jest moją idolką za to, jak każe sobie praktycznie wszystko przynosić „bez czegoś”

        • No i z tym koperkiem to nie mam tak, że go nie lubię, tyle że wolę dania bez niego. Nie wiem, kto wymyślił posypywanie ziemniaków koperkiem, ale mam nadzieję, że nie miał w zamian łatwego życia…

          • Ada Bubieńczyk

            Ja tam uwielbiam ziemniaki z koperkiem ;D. Ale na widok kożucha mnie cofa, dosłownie. Nie wiem, czemu tak ostro reaguję na to xD.

            I pewnie będzie lincz, ale…. nie lubię fasolki szparagowej z bułką tartą! Wszyscy przy stole to wcinają, a ja nie, siedzę i hejtuję:(

          • Też jej nie lubię. 😀

          • Aleksandra Kalowska

            więc wyobraź sobie scenę, jak cała rodzina C. sypie ziemniaki koperkiem (Emilia zwłaszcza), a jedna jedyna Kałowska nie. każdy obiad (nieważne, czy mieszkałam jeszcze w domu, czy już po wyjeździe) odbywał się pod hasłem TWÓJ OJCIEC TEŻ NIE LUBIŁ KOPERKU. (tonem, jakby koperku nie lubił też Stalin)

          • Tak piękne i tak prawdziwe. 😀

    • Moje babcie nigdy nie robiły pierogów. Naprawdę!

    • Angie

      Hehe, moje babcie tez nie robiły pierogów, specjalistką w tej amterii jest moja mama, ktora robi przepyszne pierogi.

  • desf

    Chyba mój zagubiony brak bliźniak. Wszystko w punkt. No może oprócz gołąbków, bo tymi się zajadam (ale tylko od babci).

  • Agnieszka Wójcik

    Kiedyś jak byłam większą grupą w Finlandii, dostaliśmy pysznie wyglądające czarno-różowe cukierki 😀 nie muszę chyba wspominać ile powstało w głowach małych dzieci taktyk odgryzienia różowej części bez dotykania choćby końcem języka czarnej części po pierwszym zjedzonym cukierku? Także zgadzam się z lukrecją. I z sokiem grejpfrutowym.
    A od siebie mogę rzucić – kto dodaje do ziemniaków koperek? Kto dodaje koperek gdziekolwiek?

    • KOPEREK JEST NAJGORSZY. Zawsze irytuje mnie dodawanie go do ziemniaków. ZAWSZE.

      • desf

        To jeszcze nic. Moja babcia czasami potrafi zaserwować ziemniaki z pietruszką. Plus jedynie taki, że łatwiej się ją zdejmuje niż koperek :p

        • To ci babcia! Pietruszka to tylko w rosole. Tylko!

          • Agnieszka Wójcik

            Ja i z rosołu bym wyjęła 😛 albo ewentualnie szybko przełknęła, uważając na to, żeby jej nie przegryźć 😛

          • Ja mam tak, że mi nie wadzi. W sensie: może być, może jej nie być, nie jest jakoś mega istotna. Za to w moim rosole MUSI być marchewka. No musi!

          • Agnieszka Wójcik

            Marchewka obowiązkowo 😀

    • Paweł Tanona

      Ziemniaki, czy rosół bez koperku to ja dzień bez wchodzenia na WzA czyli jakaś abstrakcja.

      ps. czy obiecanie jakiejś osobie, że sie ja znajdzie i dosypie koperku gdzie się da podchodzi pod groźbę karalną?

  • Tomaszyk Kinga

    Zabawne, bo bardzo podobną sytuację miałam w przedszkolu z brukselką.
    Nie pływała ona wtedy w zupie, tylko była warzywnym dodatkiem do mięsa.
    Kapustę zawsze lubiłam, więc na widok małych kapustek raczej się ucieszyłam – jakże wielkie było moje rozczarowanie, gdy tego spróbowałam. Brukselka wylądowała z powrotem na talerzu, za co dostałam reprymendę od przedszkolanki.

    Musiałam za karę zjeść wszystkie brukselki z talerza – zrobiłam to, po czym po skończonym obiedzie, po powstaniu od stołu ozdobiłam przedszkolny dywan nowiutkim haftem.

    Od tamtej pory nigdy w przedszkolu nie zmuszano mnie do jedzenia czegokolwiek…

    PS. Lukrecję jadłam pierwszy raz w życiu w zeszłym roku i na samą myśl o tym zdarzeniu mam dreszcze – to były solone żelki lukrecjowe – myślałam, że to może być coś fajnego, bo jestem generalnie wielką zwolenniczką łączenia słonego ze słodkim… O jezusie nazareński… NIGDY WIĘCEJ – 10 minut plucia do zlewu, 3 razy myte zęby, a ja wciąż to czułam BLEEEEEE.

    • Fajna metoda wychowawcza przedszkolanek. Nic tylko bić brawo. 😀

      • Tomaszyk Kinga

        Moja mam jest kucharką w przedszkolu i wiem, że nigdy u nich nie robią brukselek – tak na wszelki wypadek 😉

        • Ciekaw jestem, skąd się to bierze, że w przedszkolach ZAWSZE podaje się jedzenie, którego dzieci nie chcą jeść. W sensie, nie o to chodzi, żeby podawano pizzę i frytki, ale z drugiej strony… Brukselka? Szpinak? Po co? Dlaczego?

  • Adam Chełkowski

    Mielony szpinak, szparagi, śledź w każdej postaci – mimo wielu prób i szczerych chęci, nigdy nie byłem w stanie zjeść nic z tej trójki.

  • Anna Paczkowska

    Ja zawsze miałam problemy, bo nie jadłam pietruszki i koperku – nie dość, że zostało mi to do dziś to wyszło, że mam alergię na nie! 😛 Nidy nie lubiłam też pierogów ruskich – nigdy u nas w domu się ich nie robiło, ale za babcine pierogi z kapustą i grzybami (tych ostatnich też niby nie lubię, ale w pierogach to co innego) to jestem w stanie życie oddać 😀 lukrecja, brukselka (choć próbowałam zrobić już na wiele sposobów, wciąż fuj), kożuch na mleku (do tej pory nie trawię ciepłego mleka, chyba że z kaszą manną albo ryż na mleku, ew z masłem i miodem) i wyroby czekoladopodobne – fuj,fuj,fuj! Nie trawię też orzechów w czekoladzie, a za dodawanie do sernika bakalii jest przestępstwem! 🙂 i jeszcze karp, nigdy nie lubiłam tej ryby -,-

    • Ania Cylka

      karp to moja ulubiona potrawa odkad skonczylam 2 lata 😀 ale mozna go tez dokumentnie spierdolic dodajac do panierki bulki tartej +_+

      • Anna Paczkowska

        Z wielką chęcią oddam wszystkie porcje karpia jakie na mnie przypadają 🙂 nawet mogę załatwić bez bułki tartej 😛

        • Karp nie jest zbyt smaczną rybą. Tak mnie uczono. 😀

        • Ania Cylka

          biore !!!! Uwielbiam karpia, na wigilie sama zjadam cala rybe 😀

  • m_icha_l

    Kminek.
    Nie mam pojęcia skąd mi się to wzięło ale prawie zbiera mnie na wymioty gdy trafię gdzieś na kminek i akurat go rozgryzę.

    • Nienawidzę kminku! W Czechach każde pieczywo z nim jest. #najgorzej

  • Ania Cylka

    Kożuch uwielbiam, a z budyniu to w ogole ! Brukselke względnie, z gołąbkami bylibyśmy zgranym duetem – bo ja z kolei uwielbiam z nich kapuste, a farsz zostawiam 😀 mięso mielone z ryżem jakieś takie miałkie jest. Pod reszta sie podpisuje – kawa, słodycze kawowe, lukrecja i słodycze z alko – jak najbardziej. Nie bardzo kminie o co chodzi z sokiem jabłkowym w cudzysłowie? Że piwo Ci nie smakowało czy jak? 😀 Ja z wiekiem przekonałam się do ogromnej ilości smaków – nie znosiłam papryki, ogórków kiszonych, wątróbki, szpinaku a teraz to wszystko wsuwam z wyboru. Jednak nie dorosłam (i chyba już nigdy nie dorosnę, mimo, że całe życie mówili, że tak będzie) do kawy, wina, kokosa, śledzia w ocćie i szparagów. O blee !

    • Ania Cylka

      o zapomniałam o fasolce po bretonsku. Mam do niej mega uraz po tym, jak moja okropna ciotka kazała mi ją wpierdzielić na śniadanie. I nie pozwoliła mi wstać od stołu dopóki nie zjem, więc siedziałam cały dzień, pamiętam, że w tv leciało od przedszkola do opola (13), familiada (14) i złotopolscy (14;30). Dopiero przed 15 odebrała mnie mama (ciagle siedziałam przy cholernym stole!!!) Od tamtej pory nie tknęłam i nie tknę fasoli jasia w żadnej postaci, EVER

      • Tak, chodziło o to, że nie smakowało mi piwo. 😉 I dalej nie przepadam za wersją „jasne, pełne”. 😉

  • Ja z gołąbków zjadałam kapuste i od niegdawna jak juz umiem sama zrobić- zjadam w całości ;).
    Lurecja, kożuch, Buka, każdy napój okołojabłkowy- fuuu!! 😉

    • ps. Koperek i natka pietruszki, sery plesniowe, wszystkie małże, itp. Oj dużo tego 😉

  • hubert

    kożuch do dziś jest największym wrogiem, brukselka z perspektywy czasu jest na prawdę smaczna, jednak czekoladek z alkoholem nigdy nie zrozumiem, albo jedno albo drugie ;D

  • kożuch w mleku, Buka i lukrecja – masz moje pełne poparcie.

  • Basia Cz

    W moim przypadku jeszcze szpinak którego nie jestem w stanie zjesc do dzis..

  • Paweł

    A ja to strasznie wybredne dziecko byłem i trochę mi zostało 😀
    Generalnie cebuli nie jadam, chyba że jej nie widzę, jest na pierogach lub jest to czerwona w kebabie 😀
    Papryka mi niezbyt smakuje, chyba że jest na pizzy
    Uwielbiam śliwki, ale powideł za nic nie ruszę 😀
    Nie znoszę chrzanu, leczo, zupy jarzynowej i kalafiorowej, blee, generalnie też jak coś mi pływa w zupie (kawałki bliżej niezidentyfikowanego mięsa) to zaczynam, jak to mawiała moja mama, plewić.
    No i jeszcze nie lubię wszelkiego rodzaju past rybnych, ryb z puszki i mięsa w stylu mielonki. Taki uraz.
    A rodzynki w cieście to zbrodnia!

  • Jakimś super fanem bigosu też, a z gołąbków do tej pory jem sam farsz 😉

    P.S.Rodzynki w serniku są super 😀

  • Piotr Biernacki

    karmelizowana brukselka jest zajebista, te w przedszkolnych zupach to był gwałt naszych języków, a to samo można zjeść ze smakiem

  • Jeśli kiedyś byś chciał spróbować brukselki – pieczona w piekarniku z jabłkiem i boczkiem jest nieziemsko dobra 😀

  • Patrycja Wierciak

    Witaj! 🙂
    Tak jak w ostatnim punkcie – rodzynkom w ciastach mówię stanowcze u głośne NIE. Chyba że w czekoladzie.. Mmm..
    I też ciarki wywołują u mnie brukselka, kożuch w mleku (o zgrozo..), sok grejpfrutowy, schab ze śliwką.. E-e.
    Z rzeczy których dalej nie lubie i wywołują u mnie wykręcanie całej twarzy to oprócz tych powyżej:
    – świeżo wyciskany sok z buraków i marchwi. Nie ma żadnej szansy, że to przełknę do dzisiaj
    – koperek. Kto wymyślił, żeby dodawać go do ziemniaków?! Do czegokolwiek?! Fuj, ble.
    – kasza gryczana. Przepraszam wszystkich, ale ona najzwyczajniej w świecie śmierdzi..

  • richie

    to po co sie bierzesz za ocenianie restauracji? 🙂

  • Justyna Lisicka

    Kocham kożuch! Nie znoszę ruskich pierogów i… konserwy :/

  • Angie

    -bułka tarta w jakiejkolwiek postaci
    -gotowany kalafior
    -brukselka-chociaż raz zdarzyło mi sie zjeść smaczną, ale jedna jaskółka wiosny nie czyni
    -fasolka szparagowa -generalnie mdłe warzywa mnie nie kręcą
    -anyż i wszystkie pochodne
    -surowa papryka-pieczoną, duszoną, smażoną, marynowaną lubię
    -jajko sadzone i pochodne typu szakszuka
    -czarna kawa-wypije tylko taką minimum pół na pół z mlekiem
    -kminek
    -mocno przesmażona cebula, zwłaszcza na ziemniakach-horror z dzieciństwa, jak takie robale
    -kotlety sojowe, granulat sojowy-zawsze maja posmak dętki
    -przypalone potrawy

  • Marta Zakrzewska

    kawowe cukierki i praliny ??? :O :O najlepsze <3 od dzieciaka wyjadałam wszystkie 😛 ale reszta prawda 😀

  • Olga Bochen

    Też nie cierpię brukselki, tak jak zupy warzywnej, czy kalafiorowej, z którą miałam podobną przygodę jak Ty z brukselką. Mama musiała sprzątać całą klatkę, bo zwrot zadziałał jakoś z opóznionym zapłonem. Kalafiorowej nie tknę, ale za to kalafior z bułeczką tartą ojeju <3 niejadek jestem do dziś, żadnych żył czy tłustoli w mięsie nie toleruję 😡 a rodzynki w serniku to najgorsza zbrodnia!

  • Natalia Chruścicka

    Ja nie wiem co tu się dzieje, ale czytam tekst, i mam wrażenie, że tu jest coś nie halo: nie znosisz wszystkich tych samych rzeczy co ja! Podejrzane 😛

  • Klaudia Błaszak

    A moja babcia nigdy nie robiła pierogów i dopiero w wieku 21 lat spróbowałam własnoręcznie robionych u babci chłopaka 🙊 ale toleruje pierogi TYLKO z owocami

  • Nienawidziłam surówek. Same warzywa jadłam chętnie, ale połączone i pokropione jakimś obrzydliwym octem i przyprawami… Bleee. Do dzisiaj nie lubie mocnych smaków, przypraw i octu. Nienawidziłam też pierogów leniwych mojej babci, bo były kwaśne. Ah, i mięso z sosem, okropieństwo, zawsze było tłuste i miało konsystencję ślimaka, plus przesolony, tłusty sos. Moja babcia gotuje niestety nieszczególnie, na pewno bardzo tradycyjnie, i dzięki niej od wielu już lat nie jem mięsa, tak mi te ślimaki zostały w pamięci.

  • Anna Łangowska

    BUKA!!! Hahahahahahaha biedna, poczciwa Buka… A z rzeczy niejadalnych zabrakło kapuśniaku. Z kiszonej kapusty. Koszmar. Aż mnie otrząsa na samą myśl. Bleeeeeeeeee. I pypcie na języku od tego wychodzą!

  • Klaudia Mocek

    Kandyzowana skórka pomarańczowa… w cieście, na pączku, drożdżówce… obrzydlistwo!

  • Bartek Kucharz

    Gołąbki zna cała Europa, ogólnie danie ma ottomański origin, w wersji z liści winogron:-)

  • Jakub Olewski

    Moja babcia też robi mi schab bez owoców 😁 a brukselki też nigdy nie polubię.

  • Joanna

    Ziemniaki z koperkiem. O ile sos koperkowy do ryby bardzo mi smakuje to ta zielenina obklejająca pyry nie przejdzie. I połączenie smaków mnie odrzuca i uczucie jakby włosów na jedzeniu. Jak byłam dzieckiem rodzice to ignorowali a ja ściągałam widelcem te zielone kłaki. Przez to, że mój mąż też nie toleruje kopru, podczas rodzinnego obiadu podawany jest osobno w miseczce. Swojego czasu jeździłam na zakupy na targ w Mosinie. Prosząc o ziemniaki sprzedawczyni z automatu wrzucała do siatki koper. Tak samo mi zrobiła. Wyjęłam pęczek, położyłam na ladzie i mówię, że nie jem koperku. W odpowiedzi usłyszałam wrzask (dosłownie) „jak to ziemniaki bez koperku” i wrzuciła go z powrotem do mojej reklamówki. Już nigdy nie weszłam do tego sklepu. Dodam tylko, że pietruszkę bardzo lubię, więc to nie kwestia „zieleniny” jako takiej. 😉

  • Joanna

    A! I jeszcze zupy. Nie cierpiałam zup. Jarzynowej, szczawiowej, ogórkowej, krupniku. Jakoś uchodziły pomidorowa i barszcz ukraiński mojej babci. Po prostu dla mnie rozgotowane kawałki warzyw i mięsnych włókien (ogólnie kocham mięsko) w wodzie smakowej to nie jedzenie. Dalej unikam zup. Nie zamawiam ich w restauracji, mąż nauczył się, że obiad to tylko drugie danie, bo gotować ich nie zamierzam. Wyjątek zrobię dla kremów (brokułowy, szparagowy, zupa serowa). Nawet mama nauczyła się, że jak przyjeżdżamy to dla mnie głębokiego talerza nie szykuje.