Wyszukiwarka

Co będziemy jeść w 2017? 10 gastro trendów na Nowy Rok

Kuchnia azjatycka, knajpy dietetyczne i kolejka do Manekina. Co przyniesie 2017 rok w gastronomii?

Trochę wróżenie z fusów, trochę przewidywań na podstawie obserwacji tego, co dzieje się w Polsce i na świecie. Za rok będzie można wrócić do tego artykułu i zobaczyć, jak było naprawdę.

Zobacz zestawienie na YouTubie i subskrybuj kanał!

1. Jeszcze więcej kanapek premium.

Druga połowa 2016 roku należała do kanapek premium (przynajmniej w Poznaniu). Sandwichy, których sercem jest dobre jakościowo, dłużej „dopieszczane” mięso. Wydaję mi się, że trend ten dopiero się zaczyna i w najbliższych miesiącach eksploduje w większych miastach w całej Polsce.

2. Dalszy rozkwit kuchni azjatyckiej.

W polskiej, jak i światowej gastronomii, mocno na topie jest teraz kuchnia azjatycka. Nie w chińsko-wietnamskim wydaniu tanich barów, a ciut droższych knajpek, choć dalej przystępnych cenowo, mocniej eksponujących dania z takich regionów jak Japonia (ale nie sushi!), Tajlandia czy nawet Indonezja. Podejrzewam, że w 2017 to się nie zmieni, a wręcz pójdzie do przodu – pojawiać się będą lokale z kuchnią z Laosu czy Kambodży. Mam nadzieję, że się nie mylę, bo ten rejon świata jest dla mnie najciekawszy.

3. Ramen. Wszędzie ramen! Albo pho.

Z jednej strony rozwinięcie poprzedniego punktu, z drugiej osobny trend, którym są sycące zupy ze wschodniej Azji. W minionym roku ramen przebił się do szerszej świadomości, w samej Warszawie powstało lub zyskało popularność kilka wartych uwagi knajp, które w nim się specjalizują. W innych miastach też jest pod tym względem coraz lepiej i nic nie wskazuje na to, żeby ta tendencja miała się zmienić. Prawdopodobnie popularność ramenu pociągnie za sobą wzrost zainteresowania innymi azjatyckimi zupami: takie wietnamskie pho na szerszą skalę obecne jest chyba tylko w Warszawie. Cieszyłbym się, gdyby podbiło też inne części Polski.

4. Food trucki zaleją mniejsze miasta.

Jedzenie na kółkach w większych aglomeracjach to nic nowego, ale w mniejszych miejscowościach wciąż bywa czymś nieznanym i niepopularnym. Przewiduję, że od tej wiosny się to zmieni, przynajmniej w tym cieplejszym okresie. W moim rodzinnym Gorzowie food truck z burgerami otworzył się na chwilę już w zeszłym roku. W tym powinno być ich więcej i z mniej oklepanym jedzeniem.

5. Piwo rzemieślnicze w każdej knajpie.

W zasadzie, to już się dzieje. Te lepsze knajpy – przy czym, gwoli ścisłości, mam tu na myśli faktycznie „lepsze”, a nie „droższe” – już nie wpuszczają pod strzechy koncernowych eurolagerów. I bardzo dobrze! Sam już nie pamiętam, kiedy ostatnio, z własnej, nieprzymuszonej woli piłem zwykłego Lecha, Tyskie, Warkę czy Żywca. Serio, po kilkuletnim obcowaniu z piwami rzemieślniczymi koncerniaki nie mają już dla mnie żadnego smaku (wyjątki to całkiem niezłe wynalazki typu Żywiec APA) i zwyczajnie obrzydzają mi jakikolwiek posiłek w knajpie. Za to craft do obiadu lub kolacji? Jak najbardziej. Wierzę też, że w lokalach większą uwagę będzie się przykładać do parowania piw i dań – tak jak się to robi z winem.

6. Hot dogi premium? 2017 będzie ich!

No dobra, to raczej pobożne życzenia. Hot dogi w wersji premium (tutaj przykład) raczej nie mają szans na podobną karierę, jaką zrobiły kilka lat temu burgery. Niestety, parówka w bułce wciąż kojarzy się głównie z przekąskami dostępnymi w Żabkach czy na stacjach benzynowych. Zakładam jednak, że w najbliższym roku powstanie w Polsce kilka lokali z hot dogami na wypasie i część z nich zdobędzie wystarczające zainteresowanie, by przetrwać na rynku. Obym miał rację.

7. Restauracje dietetyczne.

W 2016 przeżywaliśmy prawdziwe boom na cateringi dietetyczne. Każdy miał znajomego, który próbował diety pudełkowej, a ja przynajmniej raz w tygodniu otrzymywałem prośby o zrobienie rankingu najlepszych cateringów dietetycznych w Poznaniu (na co się nie zanosi). Wydaję mi się, że w 2017 pójdziemy krok dalej i na porządku dziennym staną się knajpy dietetyczne – każde z podawanych w nich dań będzie szczegółowo opisane pod względem zawartości kalorii, białka, węglowodanów, witamin czy wszelkich substancji odżywczych. Pierwsze tego typu miejsca już się pojawiły i powstanie kolejnych jest tylko kwestią czasu.

8. Kolejka do Manekina dalej będzie stała.

Fenomen, którego nie rozumiem. Ludzie wciąż wolą w niej stać, niż pójść zjeść coś smaczniejszego i ciekawszego. Bardzo szkoda.

9. Tajskie lody i bubble waffle – dalej modne czy już nie?

Zawsze są jakieś gastronomiczne gwiazdki jednego sezonu. W zeszłym roku były to lody tajskie obecne na food truckowych eventach i na ulicach Poznania. Małą karierę tu i ówdzie zrobiło też bubble waffle – „bąblowe” gofry z dodatkami. Oba pomysły bazują bardziej na efekciarskim przygotowaniu i wyglądzie niż wyjątkowym smaku. W takim sensie, że da się je przyrządzić naprawdę porządnie i smacznie, ale dalej są to tylko wypasione lody i wypasione gofry, nic więcej. Albo więc wiosną i latem jak grzyby po deszczu będą wyrastać tajskie lodziarnie i lokale specjalizujące się w bubble waffle, albo szybko o jednym i drugim zapomnimy. Na tę chwilę mimo wszystko dość nieśmiało wskazuję na tę pierwszą opcję.

10. Będziemy jeść więcej na mieście.

Jeśli nie wydarzy się jakaś wielka katastrofa, to nie widzę innej możliwości. Kultura jedzenia na mieście w Polsce wciąż raczkuje, ale rozwija się i w 2017 pogna do przodu. Knajpy karmią coraz lepiej, a my coraz chętniej do nich chodzimy. Cieszyłbym się, gdyby to nie dotyczyło tylko największych miast, ale też tych mniejszych, a przynajmniej tych „średniej wielkości”. Oczywiście, wszystko rozbija się o pieniądze i zarobki Polaków, w końcu za wszystko trzeba zapłacić. Nie wiem, jak to jest z naszym bogaceniem się, ale jeśli nie zarabiamy więcej, to chyba poprzestawiały nam się priorytety. Zawsze powtarzam, że zawsze lepiej wydać pieniądze na posiłek na mieście niż na wódkę dzień w dzień, papierosy lub telewizję.

Co jeszcze może wydarzyć się w 2017 roku w gastronomii? Dajcie znać w komentarzach, chętnie na ten temat podyskutuję.