Wyszukiwarka

KNAJPY ZNISZCZYŁY MI ŻYCIE #5: Klątwa Kryszny, Przystanek Woodstock

Uważaj, co jesz w polowych warunkach.

Rzecz ma miejsce… za każdym razem, gdy jestem na Woodstocku. A jeździłem na niego pięć, sześć, a może i siedem lat z rzędu. O ile jeszcze przy dwóch pierwszych razach mogłem nie połączyć pewnych faktów, o tyle powielanie błędów w następnych latach zwalam na upojenie alkoholowe – prawda jest taka, że na Woodstocku raczej nigdy się nie oszczędzałem.

ja na Woodstocku

ja na Woodstocku

A chodzi o jedzenie. Jedzenie, które można dostać za skromny pieniądz w Pokojowej Wiosce Kryszny. Kiedyś rozdawano je za free, później za „co łaska”, a obecnie sprzedaje się za stałą cenę, niemal rokrocznie podwyższaną o symboliczną złotówkę. W tym roku będzie to chyba z 8 PLN-ów.

Wyboru większego nie ma, każdy dostaje to samo: talerz żarcia 100% vegan – chyba właśnie pierwszy raz na Woodstocku odkryłem, że czymś absolutnie bez mięsa naprawdę idzie się najeść.

Co na nim? Zawsze mam problem z nazwaniem rzeczy po imieniu, więc powiem, „jak mi się wydaje”. Jest tu ryż koloru żółtego, zatem albo doprawiony curry, albo kurkumą. Jest też gulasz wegański z warzywami, soczewicą i (chyba) kotletami sojowy. Do tego coś pomiędzy czipsem a chlebkiem do pochrupania. Ta część dania smakuje naprawdę nieźle, powinno podejść każdemu, chyba że nie przepada się za konkretnymi przyprawami.

Sęk w tym, że na talerzu jest jeszcze ciemnozłocista papka. Papka o konsystencji kaszki manny, w smaku przywołująca banana. Tak, na słodko. Tak, na jednym talerzu z całą resztą.

rysunek poglądowy żarcia od Krysznowców (chips został uprzednio zjedzony)

rysunek poglądowy żarcia od Krysznowców (chips został uprzednio zjedzony)

Z jednej strony, jest to chyba najczęściej niejedzony element całej tej układanki. Z drugiej, są osoby takie jak ja, które go uwielbiają. Ba, znaleźliby się i tacy, którzy zamawiają żarcie od Krysznowców tylko po to, aby zjeść właśnie tę papkę.

Ale to nie bananowe, ciemnozłociste „coś” jest powodem, dla którego piszę te słowa. Wszystko przez to, co dzieje się z moim organizmem na kilka, kilkanaście godzin po zjedzeniu specjałów z Pokojowej Wioski Kryszny. Uwaga, nie będzie to zbyt przyjemne.

Po przetrawieniu cała ta szama chce jak najszybciej ze mnie wylecieć. Mówiąc inaczej, muszę biec do toalety. Mówi się na to „klątwa Kryszny”. A że warunki trudne, toitoie brudne, a do lasu kawał drogi, to muszę kombinować.

poszukiwania "toalety premium"

poszukiwania „toalety premium”

Przez pierwszych parę lat odwiedzałem znajomych w Kostrzynie. Miałem ich kilku, bo chodzili do tego samego liceum co ja (w Gorzowie Wielkopolskim). Może wydawać się Wam to dziwne, ale oni, a przede wszystkim ich rodzice, byli mega zadowoleni z tego, że kilkanaście osób przychodzi do chaty umyć się (nie mówiąc o tych innych, bardziej palących sprawach). Mało tego poza bieżącą wodą zawsze oferowali śniadanie, a często nawet i obiad. Tacy gościnni ludzie. I za to należą się ogromne podziękowania!

Ze mną był jednak ten problem, że wczorajsze żarcie z Kryszny budziło mnie zazwyczaj dość wcześnie. I choć wbrew pozorom z woodstockowego pola do Kostrzyna idzie się dobre pół godziny, to mimo wszystko przychodziłem za wcześnie. No i w końcu zrobiło mi się z tego powodu głupio.

I wtedy pojawiła się inna opcja: przejażdżka z kumplem (autem) do Witnicy – to takie miasteczko położone jakieś 20 minut drogi od Kostrzyna. Każdy się umył i załatwił, co potrzeba. Piękna sprawa.

W kolejnych latach już nie chciało mi się w to bawić. Mieszkam w Gorzowie Wielkopolskim, to jest max godzina jazdy samochodem z Przystanku, mam własne auto, które mało pali, więc co się będę do kogoś wpraszał. Jedyny minus taki, że codziennie rano trzeba było się badać alkomatem, ale policjantów przy wyjeździe z parkingu jest sporo i nie ma żadnego problemu w sprawdzaniu procentowej zawartości we krwi.

rysunek poglądowy: sprawdzanie poziomu trzeźwości

rysunek poglądowy: sprawdzanie poziomu trzeźwości

Co roku popełniam ten sam błąd. Jem w Pokojowej Wiosce Kryszny. To jest smaczne, ale zawsze mój organizm źle na to reaguje. Skąd wiem, że akurat na to? To bardzo proste: każdego dnia na Woodstocku jem mniej więcej to samo: chleb z pasztetem, kabanosy i piwo – taki tam prosty zestaw woodstockowicza. Zawsze dzień po tym, gdy stołuję się u Krysznowców, mam ciśnienie na Sami Wiecie Co.

Druga sprawa, że to, jak trawi się to jedzenie, to jest już bardzo indywidualna sprawa. Znam osoby, które reagują podobnie jak ja. Znam też znacznie więcej, których to w ogóle nie rusza, mogą zjeść trzy talerze w ciągu jednego dnia i wszystko z nimi okej.

Gorzej, że ja znam ułomność swojego organizmu, a mimo wszystko wciąż powielam ten błąd, łudząc się, że tym razem będzie inaczej. W tym zamierzam go powtórzyć. Zrobię to dzisiaj, za parę godzin. W końcu, kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana!

Macie jakieś własne, woodstockowe historie (niekoniecznie tak nie niesmaczne jak ta)? Piszcie w komentarzach!