Wyszukiwarka

KNAJPY ZNISZCZYŁY MI ŻYCIE #8: Nie knajpa, a pociąg

To było całkiem niedawno, a ja jechałem pociągiem z Poznania do Warszawy.

A może z Warszawy do Poznania? Już dokładnie nie pamiętam. Ważne jest jednak to, że chyba pierwszy raz skusiłem się na ten droższy pociąg. Wydałem jakieś 115 PLN na bilet i oczekiwałem, że kwota będzie odzwierciedlona w standardzie pociągu i komforcie podróży. Mówiąc inaczej, byłem na tyle szalony, żeby oczekiwać czegokolwiek dobrego od PKP.

W wagonie owszem było czysto i nie śmierdziało, lecz trudno nazwać go nowoczesnym. Liczyłem na gniazdko, do którego będę mógł podłączyć laptopa. Dwie i pół godziny chciałem poświęcić na granie w grę – wprawdzie bateria w komputerze prawdopodobnie by przez ten czas wytrzymała, ale nierozważnie ją wcześniej rozładowałem. Myślałem, że jak płacę 115 PLN za bilet, to gniazdko będzie w standardzie.

I – uwaga, uwaga! – to gniazdko, owszem, było. Jedno na cały wagon. Nad nim przyklejono piktogram przekreślonego laptopa. Czyli nie pograłem.

Oczywiście są większe tragedie na świecie, więc po prostu wyjąłem z torby książkę i też bawiłem się świetnie. Trochę byłem smutny, bo w pociągu za 50 PLN miałbym prawdopodobnie takie same warunki. Tyle że spędziłbym w nich dwadzieścia kilka minut dłużej, więc w sumie chyba nie jest tak źle?

W międzyczasie przez nagłośnienie powitał mnie w składzie kierownik pociągu. To zawsze bardzo miłe, tym bardziej jeśli mówi wyraźnie i nie sepleni, a po drodze nie występują żadne zakłócenia. I w tym przypadku dykcja była perfekcyjna, a głośniki nie zawiodły. Czyli jednak podróż warta większych pieniędzy.

Pod koniec tego przywitania kierownik pociągu niby tak mimochodem rzucił trzy magiczne słowa, od których oczy zrobiły mi się wielkości pięciozłotówek, a ja nawet przez chwilę byłem skłonny w trymiga wykupić przez internet drugi bilet.

Otrzymają.

Państwo.

POCZĘSTUNEK.

Tu na chwilę musimy się cofnąć w czasie, by uzyskać odpowiednie tło dla całej historii. W dniu podróży, a także w dniu ją poprzedzającym, jadłem na potęgę. Łącznie odwiedziłem chyba z 7 knajp, co daje – sami przyznacie – dość imponującą średnią. Oczywiście, w każdym z miejsc się nie oszczędzałem, więc summa sumarum do pociągu wszedłem nie tyle najedzony, co zwyczajnie nażarty jak świnia. Jeśli ktoś chciałby w tym momencie zażartować i sparafrazować słynną scenę z Króla Lwa, to niech lepiej tego nie robi. Nie jestem Pumbą i nie jestem świnią.

Mimo że mój żołądek był naprawdę pełen, to wciąż te trzy magiczne słowa dzwoniły mi w głowie.

Otrzymają.

Państwo.

POCZĘSTUNEK.

Niby czytałem tę książkę, bardzo skądinąd wciągająca (dokładnie: trzecią część „House of Cards”), ale jednak nie mogłem się skupić, bo wciąż się zastanawiałem, cóż to za poczęstunek będzie i czym moje kubki się uraczą. Nigdy nie jechałem pociągiem za 115 PLN, nigdy więc z kolejowym poczęstunkiem się nie spotkałem, przez co dość mocno popuszczałem wodze fantazji.

Początkowo moje myśli kierowały się w stronę posiłków na pokładzie samolotów – w smaku wprawdzie takich sobie, ale obiad, śniadanie, czy kolacja w cenie biletu, to zawsze trochę nadprogramowego szczęścia. Szybko jednak sobie przekalkulowałem w głowie, że to nie jest lot za Atlantyk, a 300 kilometrów pociągiem, a w tych trzech magicznych słowach nie było wyrazu „posiłek”, a wyraz „poczęstunek”.

Moje myśli przeskoczyły więc na inny tor. Skoro „poczęstunek” to coś małego, najpewniej słodkiego. Raczej żaden wyrób cukierniczy, raczej nic, co się szybko psuje. Prawdopodobnie coś dostępnego w każdym sklepie, popularnego i niedrogiego. Jakaś taka słodycz.

Tak, to na pewno będzie słodycz.

Może rogalik 7Days?

Albo wafelek Prince Polo?

Może chociaż malutka paczuszka herbatników? Nic tańszego przecież nie wymyślą!

Miałem dużo czasu na te moje przemyślenia. Siedziałem akurat w takim wagonie, że „pan od poczęstunku” przyszedł właściwie pod koniec podróży. No, do celu było jeszcze jakieś pół godziny drogi – niby nie dużo, ale w sam raz tyle, by zająć się tym poczęstunkiem.

Pan mnie zapytał: – Kawa, herbata, czy woda?

Wybrałem wodę, podziękowałem, spojrzałem na nią, a potem znów na pana od poczęstunku.

I teraz nie uwierzycie! Już go nie było, już wciskał kawę, herbatę lub wodę następnym osobom. Już oddalał się z moim wymarzonym poczęstunkiem. Moim 7Daysem! Moim Prince Polo! Moimi herbatnikami!

Jednak nie jestem z tych osób, które szukają wszędzie na siłę afery. Pomyślałem, że pewnie to było takie preludium do poczęstunku, a właściwy poczęstunek dopiero nadejdzie. Że pojawi się pan albo pani i z uśmiechem na ustach zapyta mnie: – 7 Days, Prince Pole, czy herbatniki?

I wiecie co? Nic takiego się nie wydarzyło. Dojechałem do celu podróży, a słodkiego poczęstunku nie zobaczyłem na oczy.

Nie przeżyłbym tego rozczarowania, gdyby ktoś wcześniej nie zrobił mi nadziei. Nadziei wyrażonej w trzech magicznych słowach.

Ale tak już mówiłem: są większe problemy na świecie. Wróciłem do domu, nie zjadłem kolacji, bo wciąż byłem nażarty po dwóch dniach moich gastro eskapad i jak gdyby nigdy nic poszedłem spać. Oczywiście śnił mi się poczęstunek w PKP. Herbatniczki.

  • Krocze

    Kiedyś były takie małe babeczki, ale od kilku lat jest już tylko kawa, herbata i woda.

  • Jakub Pocierznicki

    Dwa tygodnie temu na tej samej trasie, rano i wieczorem dostałem do herbaty mufinki z Dan Cake’a, ha! 😉

  • CandyCamilla

    Polecam drogę Łódź-Katowice, Łódź-Olsztyn i pewnie wiele podobnych. Czyste, ciche wagony, full miejsca na nogi, jako że jestem nie za wysoka to spokojnie się mogę wyspać w zwykłym fotelu. Wars również z całkiem niezłą kawą! no i do tego gniazdka pod każdą parą foteli. 2 gniazdka! Dla każdego z pasażerów 🙂 tak można jeżdzić 😉 a bilet normalny Łódź-Olsztyn to całe 64 zł 😉

  • jak pociąg ma opóźnienie to wtedy też oprócz wody, kawy albo herbaty czasem dają wafelka (Princesse Zebrę) :)) ale to dziwne, że nie miałeś gniazdka. Jak ja biorę ten droższy bilet na EIC (połączenie Szczecin-Poznań) to zawsze było gniazdko i są większe przerwy między fotelami

    • Takie wybrakowane pociągi jeżdżą na trasie z Warszawy do Berlina. :/

      • Masakruj Lewaka

        EC Warszawa – Berlin to największy syf, jaki można sobie wyobrazić. Podczas gdy większość EIC krajowych ma już wagony w miarę wyremontowane i starsze zdarzają się sporadycznie, ten ma prawie same stare wagony, a cena oczywiście ta sama co za EC. A, zniżek studenckich też nie można w EC wybrać.

        O „poczęstunku” będącym w każdym pociągu po prostu kawą, herbatą lub wodą nie wspomnę, bo to jawna kpina z klienta.

        Najgorsze jest to, że w ciągu dnia na tej trasie jeżdżą prawie same opcje „premium” (khy khy) i w najbardziej obleganych godzinach ciężko znaleźć coś innego.

  • Basia

    O a ja akurat zauważyłam, że ostatnio przestali mówić poczęstunek tylko napoje więc już człowiek wie czego się spodziewać. 😉 (trasa Gdańsk- Warszawa i z powrotem)

    • O, to się zmienia w takim razie. 2 tygodnie temu był jeszcze poczęstunek. 😀

  • Kasia Koleczka

    Najbardziej niezrecznie się robi, gdy nie masz ochoty ani na kawe, herbatę, czy wodę. Grzecznie odmawiasz a pan od „poczestunku” patrzy na Ciebie jak na wariata i mówi konspiracyjnym tonem „Ale to za darmo, Śmiało!”

  • Maciej Nowak

    Twoje rysunki są świetne, nie pozwalają się skupić na tekście, ale warto je oglądać. 😀

  • Krocze

    Pojutrze będę jechał tą samą trasą, wezmę sobie kanapkę na wszelki wypadek 😉