Wyszukiwarka

Blog Food Gdańsk 2013

IMG_20131119_091854Podejrzewam, że podsumowujące relację z konferencji wkrótce zaleją polskie internety. Nie wiem, bo w sumie nie czytam właściwie innych blogów. I ja też mógłbym pisać, o tym jak było wow / fajnie / źle, jakie są wnioski, a jakie pytania wciąż pozostają bez odpowiedzi. Mógłbym, ale po co, skoro zrobią to wszyscy? Skupmy się na tym, co w życiu najważniejsze. Na jedzeniu.

Swoje zgłoszenie na Blog Forum Gdańsk uzasadniałem w ten sposób, że doszły mnie słuchy o bardzo dobrym cateringu podczas trwania eventu i chciałbym sprawdzić, go na własne podniebienie i żołądek. Plotki okazały się prawdziwe, a ja swoje zadanie wykonywałem sumiennie.

Nie załapałem się na hotel i co za tym idzie darmowe śniadania. Nie mam z tym problemu, jeszcze przyjdzie taki czas, że zasłużę. Inna sprawa, że zdjęcia na Instagramie Zucha oraz jego opowieści o chrupkim bekonie na śniadanie za każdym razem powodowały u mnie odruch Pawłowa. W każdym razie pozostało mi szamka na samej konferencji.

PhotoGrid_1384899888160W czasie przerwy kawowej podawno – i pierwszego, i drugiego dnia – różnego rodzaju ciastka i kanapeczki. Na posmarowanej masłem bagietce położono ser, wędliny, pomidora, ogórka, czy oliwki. Smaczny standardzik, którego chyba nie da się zepsuć. Na przekąskę między śniadaniem a lunchem w sam raz. Co ciekawe, drugiego dnia kanapeczek z wędliną nie znalazłem. Tylko ser.

Wybór słodkości – ciastek i ciastek – był na tyle duży, że choć jadłem ich dużo, to nigdy nie powtórzyłem tego samego rodzaju. Jabłeczniki, serniki, ciasta z kremem, rogaliki, ciastka francuskie z różnym nadzieniem – było w czym przybierać. Poziom raczej stały, wysoki. Miałem wręcz spore trudności ze wskazaniem swoich faworytów.

Ale powiedzmy sobie szczerze, nie ciastka i kanapeczki królowały na Blog Forum. Najważniejsze były lunche. Do tego stopnia, że w czasie prezentacji poprzedzających posiłek uczestnicy stopniowo przemieszczali się z krzeseł w kierunku zakrytych jeszcze garów z jedzeniem.

Ba, drugiego dnia doszło do sytuacji, w której lunch zaliczył prawdziwy falstart – zaczęto go wydawać o jakieś pół godziny za wcześnie (dość punktualnie wg harmonogramu, ale trzeba dodać obsuwę wynikająca z syndromu dnia poprzedniego), lecz po paru minutach zaprzestano tego. Kto się załapał, ten się nachapał przed innymi. Później można było podejść do jakiegoś głodnego blogera, naopowiadać mu głośno, co się piło, co jadło, tym samym powodując słyszane nawet we Władysławowie burczenie blogerskiego żołądka.

Szwedzki stół – to słowa kluczowe w przypadku lunchów na Blog Forum Gdańsk. Każdy nakładał sobie tyle ile czego chciał. Talerzyki w przeważającej większości były właśnie talerzykami, a nie poważnej wielkości talerzami. Ale dla takich speców jak ja, którzy układanie piramidek z żarcia mają w genach, nie stanowiło to problemu.

PhotoGrid_1384899970148Co jadłem? Pierwszego dnia jakieś roladki z kurczaka nadziewane innym mięsem, pieczone ziemniaki i makaron ze szpinakiem. A przynajmniej tak mi się wydaję. Bo oświetlenie w hali B90 w Stoczni Gdańskiej mocno zaburzało kolory i wzrok czasami wariował (aparaty fotograficzne w komórce też, dlatego zdjęcia tak żenująco słabe). Wydawało mi się, że makaron jest ze szpinakiem. Po spróbowaniu myślałem, że zamiast szpinaku mamy grzyby. Wnioski są dwa: albo to faktycznie były grzyby, albo był to słaby szpinak. Gdy Zuch wieczorem mówił mi o makaronie ze szpinakiem, kompletnie powariowałem i zacząłem wątpić w swoje kubki smakowe.

Drugiego dnia było lepiej. W czasie lunchowego falstartu załapałem się na zupę. Były dwie, postawiłem na jakiś węgierski wynalazek. Mocno paprykowy smak, lekko pikantny, z dużą zawartością mięsa – lepiej być nie może. Za drugą zupę robił krem groszkowy, ale słyszałem jak Jessica Mercedes mówi, że jej nie smakuje – wolałem nie ryzykować.

Oprócz tego były konkrety mniej płynne. Wybór dość duży, ja postawiłem na filet z jakiejś ryby z suszonym pomidorem, pulpety a.k.a. klopsiki nadziewane winogronem oraz pierogi z kapustą, z grzybami chyba też. Trochę dziwnie, trochę hipstersko, ale równocześnie tak swojsko i trochę przaśnie. Lunchowe menu odzwierciedlało polską blogosferę. Co najważniejsze, każda z potraw była smaczna – rybka na propsie, pierogi wprawdzie raczej kupne, ale wysoka jakość, biedy nie było.

IMG_20131116_202038I w tym momencie chciałem kończyć tego posta, ale przypomniałem sobie, że przecież jedzenia nie zabrakło też na imprezie integracyjnej w gdańskiej filharmonii (nie żebym jej nie pamiętał…). Aha, gwoli ścisłości: przed imprezą było piwo w Hotelu Gdańsk od Brovarni Gdańsk. Piłem ciemne i pszeniczne, oba smaczne, choć bardzo od siebie odległe. A że piwo nic nie kosztowało, to wchodziło jakoś tak milej niż zwykle.

Na samej imprezie – szwedzki stół. Kocham szwedzki stół. Zacząłem od koreczków – były różne różniste: to klasyki z serem i ogórkiem, to z pomidorem i mozzarellą, to z boczkiem i jakąś śliwką lub inną rodzynką. Pycha! Koreczki to jeden z najlepszych wynalazków ludzkości, a te tylko to potwierdziły. Później usłyszałem, że jest open bar, więc w te pędy ustawiłem się w kolejce prowadzącej do mojego el dorado. Wszakże „wpływowy bloger” czasem równa się „biedny student” i wtedy lubi korzystać z takich okazji. No, nie oszukujmy się, chyba zawsze lubi korzystać akurat z takich okazji.

Było jeszcze dużo innej szamy, lecz tu już mi się zaczyna majtać z pamięcią. Jedzenia nie udokumentowałem w żaden sposób, ale mam świadków – w osobach Zucha, Gruszki z fartuszka i Doroty z Kuchennych szaleństw – że jadłem, że mi smakowało i że szedłem jeszcze po dokładkę.

I w tym momencie warto zadać sobie dwa zajebiście ważne pytania: czy jedzenie na Blog Forum Gdańsk było summa summarum smaczne i czy pozwalało wygrać z anoreksją? Odpowiedź jest prosta: dwa razy tak. Catering się spisał na medal. Mam nadzieję, że za rok też się załapię na takie ocenianie jedzenia. A właściwie: nie tyle ja, co my.

IMG_20131117_184710Aaa, zapomniałbym! Na zakończenie Blog Forum, już po wspólnym blogerskim zdjęciu, był wieeelki tort! Mocno kremowy i puszysty. Szału nie było, staniki nie latały, ale i tak każdy jadł, bo przecież smakował dobrze. I był ogrooomny, mówiłem to już?

Współczynnik „zwycięstwa z anoreksją”: 87%