Wyszukiwarka

Namaste India po Kuchennych Rewolucjach

Lokalizacja: Plac Pocztowy 2-3, Zielona Góra

Nie lubię czekać. Tym bardziej w restauracji. Tym bardziej, jeśli siedzę w niej głodny.

W Namaste India trochę czekam. Nie wiem, czy to standardy indyjskie, czy zielonogórskie (nienawidzę kina bollywoodzkiego, jestem z Gorzowa, jakiś problem?). Fakty są jednak faktami: na możliwość złożenia zamówienia czekam dwadzieścia minut. Po kolejnych dwudziestu wjeżdża pierwsze danie. Pardon, napój. Dopiero kolejne dziesięć minut przynosi coś do jedzenia. Rozumiem, że to nie bar szybkiej obsługi i trzeba czasu, aby potrawy przyrządzić smacznie. Można jednak szybciej zebrać zamówienie, zwłaszcza jeśli klienci nie debatują nad kartą dań przesadnie długo.

Czepiam się czasu oczekiwania także dlatego, że był on jednym z głównych zarzutów Magdy Gessler. Całe szczęście, że reszta za sprawą Kuchennych Rewolucji uległa metamorfozie. I nawet pomijam wystrój, który zmienił się na lepsze. To nie jest blog o dekoracji wnętrz, kolorkach typu amarant i ecru, a o szamce. Tego się trzymajmy.

Zaczyna się od Mango Lassi – tradycyjnego napoju na bazie mango i jogurtu, z wierzchu przyprawionego solą i pieprzem mielonym kardamonem. Pycha. Smak mango jest tu bardzo intensywny – w swoim krótkim życiu nie smakowałem nic bardziej mangowego (i nie chodzi mi tu o Kawaii). Napój świeży i orzeźwiający, choć mógłby być nieco lepiej schłodzony. Szczególnie na początku lipca, kiedy temperatura znacznie przekracza optymalne 25 Celsjuszów powyżej zera. A solą i pieprzem mielonym kardamonem nie ma co się przejmować, praktycznie się ich nie czuje – po prostu dzięki niemu Mango Lassi nie jest zbyt słodkie.

Możecie sobie wyobrazić moją minę, kiedy na stole w końcu, po dziesięciu minutach sączenia popitki, pojawia się sałatka KAMASUTRA. Wyobraźcie sobie ją jednak, porzucając jakiekolwiek lubieżne skojarzenia. W tym momencie żadne pozycje nie chodzą mi po głowie, bo widzę coś znacznie ciekawszego. Apetyczną sałatkę z sałaty lodowej, czerwonej cebuli, granatu i pieczonego w piecu tandoor kurczaka marynowanego w słodkiej papryce i czerwonych przyprawach indyjskich. Składniki ciekawe, na pierwszy rzut oka sobie odległe, ale po spróbowaniu bardzo dobrze do siebie pasujące. Jedyny zarzut – sałatka jest duża, syta, ale kurczaka w niej trochę mało. Z drugiej strony, gdyby drób górował nad resztą składników, to byłaby to dalej sałatka, czy już danie mięsne?

W międzyczasie w gości wpadają chlebki naan. Chrupkie pieczywo o długości ludzkiego przedramienia pieczone w piecach tandoor. Przez moje kubki smakowe przelatują cztery rodzaje: z czosnkiem, masłem, twarogiem z curry i bez dodatków, za to z mąki razowej. Dwa pierwsze zdecydowanie najsmaczniejsze, najlepiej nadają się do przegryzania między kolejnymi kęsami sałatki. Najciekawsze naan z twarogiem z curry do tego nadaje się średnio, ale w pojedynkę również wchodzi aż miło.

nadgryziony naan z czosnkiem

Brzuch mam już pełny, żołądek powoli zaczyna myśleć o rozpoczęciu strajku generalnego, a to jeszcze przecież nie koniec przystawek. Dobrze, że Peneer Pakora to już ostatnia z nich. Świeży, robiony na miejscu ser krowi, panierowany i smażony w głębokim oleju, podawany wraz z orientalnym sosem miętowym. Sam serek – genialny. Kupione prosto od bacy w górskiej chatce bryndze i oscypki mogą się chować. Naprawdę, coś niesamowitego, coś przepysznego. W połączeniu z sosem miętowym – już gorzej. Może dlatego, że za miętą nie przepadam, nawet miętą w wersji light z bukietem indyjskich przypraw.

Danie główne. I znów trzeba czekać. Na karcie dań napisano, że potrawy mięsne z pieca tandoor podaje się po około trzydziestu minutach. Na stole lądują mniej więcej po godzinie od złożenia zamówienia. Ot, drobna nieścisłość. Sprawa robi się ciekawsza, gdy podsłucha się następnych klientów z sąsiedniego stolika, którzy nie mogli zamówić żadnej potrawy przygotowanej w piecu tandoor. Ale i jej nie będziemy roztrząsać.

Tandoori Murgh Tikka na stół wjeżdża prosto z pieca – jeszcze dymi i syczy. To dokładnie te same filety z kurczaka, co w sałatce. Z tą różnicą, że tu w znacznie większych kawałkach. Mięso doprawione, smaczne. Nie rewelacyjne, acz bardzo dobre. Samo w sobie jest jednak trochę za suche. Po to podaje się je z sosami: czosnkowym i znów miętowym. Szkoda, że w obu przypadkach ginie gdzieś smak słodkiej papryki i czerwonych przypraw. Dopchać można się jeszcze ryżem z marchwią i groszkiem, ale że żołądek nie chce już za wiele zmieścić, biorę tylko trochę na spróbowanie. I smakuje inaczej, niż do tego przywykłem. Jest jakby delikatniejszy, przy czym ani trochę nie mdły.

Danie główne popijam już Banana Lassi. Wypada bardzo podobnie co napój pity na początku. Tyle że zamiast mango – banan. Banany to moje ulubione owoce, napój z nimi powinien otrzymać maksymalną notę, ale jednak nie jest tak intensywny w smaku jak Mango Lassi. A poza tym negatywnie zaskakuje kwaśnym posmakiem.

Najadłem się porządnie w akompaniamencie wybitnych doznań smakowych. Obsługa mogłaby być szybsza, ale na jakość często trzeba czekać. Zwłaszcza na jakość w niewygórowanej cenie. Może i Zielona Góra nie jest moim ulubionym miastem, ale dla kuchni indyjskiej chętnie do niej wrócę.

Smakowitość:
* Mango Lassi – 9/10
* sałatka KAMASURA – 8/10
* chlebki naan – 8/10
* Peneer Pakora – 8/10
* Tandoori Murgh Tikka – 8/10
* Banana Lassi – 8+/10

Współczynnik ‚zwycięstwa z anoreksją’: 100% (dla całego obiadu)

Ceny: adekwatne, w miarę przystępne (pełen cennik: klik)
Obsługa: bardzo dobrze, trzy plus