Wyszukiwarka

7th Street – Bar & Grill (Poznań)

Lokalizacja: ul. Piekary 12A, Poznań

Otwiera się nowy lokal w Poznaniu – jesteśmy tam my. Wszystko zaczęło się bardzo miło. Zostaliśmy skierowani do stolika, który wcześniej sobie zamówiliśmy, a przed odebraniem od nas zamówienia dostaliśmy powitalne drinki. Sympatycznie.

Pierwsze wrażenie? Pozytyw na maksa. Kelnerki ubrane jak w typowych amerykańskich barach – brakowało tylko, żeby popylały z kawą w czajniczkach. Wystrój? Jak najbardziej w porządku. Bardzo klimatycznie. Odpowiednie obrusy w kratkę, dopasowane obrazy na ścianach. Dopracowane do samego końca. Nie za dużo, nie za mało. Tak w sam raz. Pełni nadziei wybraliśmy, co chcielibyśmy wszamać. I tutaj zaczęły się schody.

Tak jak napoje przybyły do nas szybko, tak czas od momentu złożenia zamówienia do czasu jego podania był… skandaliczny. Gdy minęło pół godziny, zaczęliśmy się powoli zastanawiać, gdzie jest nasze jedzenie. Byliśmy głodni, a jak człowiek głodny – robi się zły. No ale nic, mają otwarcie, to ich pierwszy dzień, jesteśmy wyrozumiali. 40 minut – rednacz gryzie stolik. Po ponad 50 minutach wjeżdża pierwsze danie. Cała redakcja zazdrości J-Macowi, że może już jeść. Zostajemy poinformowani, że i my niedługo się posilimy. Pjotr otrzymuje również cheeseburgery. Dwa, mimo że zamawiał jednego. Odesłaliśmy. Chwilę później przychodzi kelnerka i daje nam „w prezencie” tego samego cheeseburgera. Zimnego. Czy kanapka J-Maca też nie była ciepła? Tego nie wiemy, zjadł go tak szybko, że MruMru ledwo zdążyła zrobić mu zdjęcie. A my czekamy dalej.

Nasza irytacja rosła już później stopniowo i sukcesywnie. Kelnerki mieszały zamówienia, przynosiły jedną rzecz, mówiąc że to coś innego. Onion Burger pomylony z Blue Cheese. Blue Cheese przyniesiony dwa razy. Chłop z Mazur wściekły – nie ma jego jedzenia. Każde danie zimne, nawet zamówione osobno frytki. Przystawki podane razem z daniem głównym. Ciągła walka z kelnerkami, bo obsługiwało nas ich więcej. Żadna do końca nie wiedziała, co się dzieje. Kłótnia o frytki. Miały być „duże frytki”, nie „wiaderko frytek”. Tłumaczenie, że wiaderko frytek zamawiał ktoś inny i że dawno zostały już zjedzone. Koniec końców dostaliśmy i tak wiaderko i policzone zostało za wiaderko. Nie mieliśmy siły się kłócić. Ostatnie dania pojawiły się o godzinie 18:44. Przyszliśmy o 17. Na koniec oczywiście problem z płatnościami. „Poprosimy o rozdzielenie rachunków, każdy płaci osobno, oprócz dwóch osób, które płacą razem”. Kelnerka przynosi dwa rachunki. Problemy z terminalem – klasyka.

Obsługa tragiczna. Kelnerki słuchają, ale nie słyszą. Ceny nieadekwatne do jakości świadczonych usług. Panie przy stoliku obok również przeżywały różne historie. Szaszłyki odesłały – zjadły, gdy otrzymały na nowo. 20 minut później kelnerka przynosi szaszłyki zdziwiona, że to zamówienie zostało już odebrane. Albo inny przykład. Podano danie główne – 3 minuty później kelnerka przynosi deser. „Bo kuchnia wydała”. To w kuchni nie wiedzą, że szarlotkę na ciepło je się po burgerze, a nie razem z nim? Niestety, to, co działo się na sali, przekraczało wszelkie wyobrażenia. Jako rekompensatę chciano nam zaproponować drugiego drinka. Faux pas. Nie tak się łagodzi zdenerwowanie klienta. Wyszliśmy z lokalu źli, a do tego wytrzepani z kasy. Jeśli lokal ma się rozwijać, proponujemy przeszkolić personel i zrobić im test ze znajomości karty dań. Burger burgerem, ale co jak pomylą udko ze skrzydełkiem z kurczaka? Właśnie. Może teraz skupmy się na jedzeniu:

Longchick
Cena: 3,98 zł

[J-Mac]
Faktem jest, pierwsze wrażenie mega pozytywne. Wódeczka z colą, te sprawy, wystrój w klimacie et cetera, et cetera. Zamówienia złożone i czekamy. No właśnie, pytam się, czy ten czas oczekiwania jest jakkolwiek uzasadniony? Pewien król Albanii powiedziałby pewnie „Ku*wa, nie sądzę” i ciężko się z nim nie zgodzić.

Tak, dostałem pierwsze danie wcześniej od reszty, ale czy jest się z czego cieszyć? Longchick to tak naprawdę prawie to samo co Longer u konkurencji. Cena też podobna (3.98), ale kurczaka więcej i w ciut innej panierce. Bardziej wyrazistej, ale nie zmienia to faktu, że po takim czasie oczekiwania spodziewałem się czegoś o wiele lepszego. Po 4 gryzach się skończył, a ja dalej byłem głodny.

Smakowitość: 5,9/10
Współczynnik ‚zwycięstwa z anoreksją’: patrz: ostatnie zdanie

Triple Cheese Burger Menu
Cena: 25,98 zł

[J-Mac]
Po długim oczekiwaniu (1,5 h!) dostałem upragnionego burgera – Triple Cheese Burger. Poziom mojego upragnienia malał z każdą minutą, więc w sumie był to już raczej przykry obowiązek. Sosu majonezowego się nie doszukałem, BBQ było sporo, ale nie był szczególnie wybitny (ten z Łapu Papu wciąga go nosem). Sera było sporo, ok, ale co z tego? Nawet czerwona cebulka nie pomogła, a wszystko przez mięcho. W burgerze za 3 dychy (wiem, że miałem jeszcze frytki i colesława w zestawie, ale mało) kawałek mniejszy niż w Royalu w Macu? Chwalili się 5 uncjami (140g) i po raz kolejny „Ku*wa, nie sądzę”. Poza tym, w smaku było cholernie nijakie. Jak można tak spieprzyć burgera? Kojarzył mi się z tanimi kanapkami serwowanymi w budkach w Sianożętach (Bałtyk), ale tam był 3 razy tańszy. Co do surówki – colesław jak w KFC, co do frytek – smak jak w KFC, ale mniejsze. NIE POLECAM.

Smakowitość: 5+/10
Współczynnik ‚zwycięstwa z anoreksją’: 36%

Przed przyjściem napaliłem się na stejki, ale wiecie co? Dopłacę 15 zico i wpadnę do Mexicany – wiem, że się nie zawiodę. 50 metrów od 7th Street jest Food Patrol. Na Garbarach macie Łapu Papu. Na Starym Rynku za tę kasę zjecie w Brovarii, a w Molly’s Burgera Szefa. Więc jeśli macie 3 dyszle, to wydajcie je gdzieś indziej.

Onion Special Burger Menu
Cena: 24,98 zł

[MruMru]
Zaklepałam go zanim jeszcze poszliśmy do knajpy. Miał być zajebisty. Dużo mięcha, krążki cebulowe, sos majonezowy, sałata, pomidor. Niebo. BUM. Jednak niebardzo. Nie dość, że zimny, to jeszcze jakiś taki… nie do końca. Mięso zdecydowanie gorsze niż np. w Food Patrol. Cebulowe krążki były AŻ dwa. Jednego wyjęłam i połowę zjadłam osobno, żeby w ogóle poczuć smak. W połączeniu z burgerem, nie było ich czuć nic a nic. Może chociaż ten jeden dodatkowy coś by zmienił. Sosu niewiele, aczkolwiek był ostry jak należy i smakował całkiem sympatycznie. Ogólnie było mało dodatków (patrzcie na ten smutnie wyglądający kawałek sera), a całość zajeżdżała trochę jak żarcie z Maka. Niestety, to nie to. Na pewno nie za taką cenę.

Frytki też zimne. Gdyby były ciepłe, byłyby bardzo dobre, bo zrobione jak te w Maku. Czyli najlepsze! A sałatka Colesław. Coż. Sałatka wiosenna?

Smakowitość: 4/10
Współczynnik ‚zwycięstwa z anoreksją’: 43% (nie najadłam się!)

Mexican Burger Menu
Cena: 26,98 zł

[Chłop z Mazur]
Z reguły staram się nie marudzić, bo jak już zacznę to mam to dobitnie wypominane… Marudzenie mode „on”.

Czuję się w pewnym sensie najbardziej poszkodowanym z nas wszystkich, bo na swojego burgera czekałem prawie 2 godziny, kiedy każdy już coś tam przekąsił. Najbardziej zbiło mnie z tropu pytanie, które padło po 1,5 godziny „Czy jeszcze coś dla państwa?”. Przepraszam, tak jakby ja tutaj coś zamawiałem, ale proszę się nie przejmować, mam jeszcze czas, walka Gołota vs. Saleta będzie pewnie ok. północy, więc z chęcią posiedzę w państwa lokalu…

Po niecałych 2 godzinach oczekiwania dostałem. Mexico Burger Menu. Wybrałem go ze względu na sos guacamole i papryczki jalapeno, bo jak już mogliście się zorientować w poprzednich recenzjach – lubię na ostro.

I na szczęście było. Papryczek nie żałowali, było ich zdecydowanie więcej niż w Food Patrol. Niestety, to mocny, ale też i jedyny plus. Reszta wypadała zdecydowanie gorzej. Kotlet był raczej czymś między McDonaldem, a budką na dworcu z tzw. polskim burgerem. Czyli za te pieniądze – nieporozumienie. Bułka była zaś mokra od spodu – nie wiem na czym wylądowała, ale rozumiem, że to z pośpiechu. Musiałem jednak przemóc się, żeby włożyć ją do ust. Reszta standard, czyli pomidor, sałata, czerwona (+) cebula i ser.

Gdyby ten burger kosztował 12 zł i był serwowany w 15 min, a nie w blisko 2h, to jeszcze mógłby coś ugrać na rynku. W tej formie jest to jednak porażka 7th Street.

Smakowitość: 6/10
Współczynnik zwycięstwa z anoreksją: 40%

Blue Cheese Burger Menu
Cena: 26,98 zł

[Pjotr]
Na burgera czekałem tyle co Chłop z Mazur, więc mój entuzjazm był już nieco ograniczony.

Burger dość szeroki, ale niezbyt wysoki. Niby dużo składników, a z zewnątrz nie wyglądało. Od razu ucieszyła mnie wypadająca rukola – to znak, że jej nie poskąpili. Chwytam za bułkę, żeby sprawdzić co jest w środku i zonk – bułka chłodna, niechrupka, dziwne…

Rzut okiem do środka: rukola jest, duży kawałek mięsa, pomidor, całe plastry grubo pokrojonej czerwonej cebuli (mimo że zawsze ją propsuję, to wyszło w tym przypadku delikatnie… za ostro?).

Chwila, ale gdzie ser plesniowy? Przykleił się do wierzchniej części bułki – kawałek solidny, ale ni krztyny rozpuszczony – wiem, że to nie jest ciągnący się żółtas, ale widać było, że jest „nie ten teges”.

Mięso wypadło poprawnie, żadnych chrząstek, nie wysuszone, chociaż wolałbym mniej wysmażone.

A jak zgrało się wszystko razem ?

Nie najgorzej, miękka bułka utrudniała nieco konsumpcję, jednak duża ilość pleśniowego utrzymywała charakter bułki. Dołożyłbym nieco więcej sosu, bo na smak wyczuć go było ciężko, ale fakt faktem siedział w środku. Wyważenie składników uważam za odpowiednie, całość jest mocno wyrazista.

W zestawie znalazły się jeszcze frytki i Colesław. Frytek nie lubię, więc mi ciężko ocenić, wyglądały w miarę poprawnie. Natomiast co do surówki… Idąc tutaj pomyślałem: „wow, amerykańska knajpa więc pewnie zjem najlepszego Colesława ever”. Jak część stwierdziła, wyglądał jak surówka z białej kapusty, która możemy dostać w plastikowym pojemniczku w sklepach. Smakowo wypadł podobnie, choć było czuć, że ma grać Colesława. No nic, muszę szukać dalej tej jedynej perełki.

Smakowitość: 7/10
Współczynnik ‚zwycięstwa z anoreksją’: 33%

Texas Onion Rings
Cena: 8,98 zł

[Pjotr]
Gdy MruMru zaklepała Onion Burgera, byłem w szoku, że go przegapiłem, więc możliwy krok był tylko jeden. Biorę krążki oddzielnie. Czas oczekiwania zaskoczył nas wszystkich, to w końcu przystawka, a wjechała prawie razem ze skrzydełkami.

Niezrażony jednak sięgnąłem po pierwszą sztukę, zamoczyłem w sosie i…

Uwaga, uwaga godzina czekania została właśnie zrekompensowana!

Krążki są takie, jakie być powinny – gorące, chrupkie a w połączeniu z sosem mocno pikantne. Panierka identyczna jak w grafice na ich stronie internetowej – to się zdarza rzadko, więc szacunek. Nie ociekały tłuszczem, smakowały cebulą, panierka była dobrze doprawiona. Poprosiłem z dowolnym sosem i dostałem coś w rodzaju pikantnego 1000 wysp. Był to strzał w dziesiątkę. Dla samej przystawki mógłbym tu jeszcze wrócić.

[Chłop z Mazur]
Sam zastanawiałem się nad zamówieniem krążków cebulowych, bo bardzo za nimi przepadam. Na listę wpadło jednak zamówienie Pjotra oraz burger MruMru. Mieliśmy sprawdzić jak najwięcej dań z karty, odpuściłem więc własną porcję i tu był błąd. Po tym jak skusiłem się na jeden krążek od Pjotra i umoczyłem go w sosie majonezowym zacząłem poważnie żałować. Na przystawkę idealne, smaczne, dobrze wysmażone, świeże, no i sam sos. Naprawdę smaczny, lekko pikantny, ale w tej swojej ostrości bardziej pieprzny niż paprykowy. Na pochwałę zasługuje również konsystencja, która nie jest ani za „luźna”, ani zbyt tłusta i gęsta. Naprawdę medal za tą prostą przystawkę.

Smakowitość: 9,5/10 (Pjotr – 10/10, Chłop z Mazur – 9/10)
Współczynnik zwycięstwa z anoreksją: 19%

Buffalo Wings
Cena: 18,98 zł

[Pjotr]
Amerykański lokal nie może obejść się bez takich typowych przegryzek. Swój wybór rozstrzygałem między żeberkami BBQ a skrzydełkami. Z uwagi na przedwczorajsze żeberka na obiedzie padło na to drugie. Skrzydełka wjechały na wielkim talerzu, porcja jak na przegrychę dość solidna.

12 skrzydełek, sos serowy i 5 kawałków selera „dla wyrównania bilansu energetycznego”. Na zdjęciu wygląda co najmniej kiepskawo jednak live faktycznie fajnie.

Zaniepokoił mnie wysuszony wygląd skrzydełek, przez co były jakieś takie skurczone. Smażenie w głębokim tłuszczu niestety powoduje takie defekty, ale – jak wiemy – to „najsmaczniejsza forma obróbki”.

Oryginalne Buffalo Wings to pieczone skrzydełka glazurowane następnie w sosie. Tutaj to, co dostałem, zgadzało się z opisem z karty, tj. skrzydełka oblane sosem Louisiana. Właśnie to oblanie zaważyło na ostatecznej ocenie. Skrzydełka zostały faktycznie mocno wysuszone, co było odczuwalne w smaku. Glazurowanie byłoby tutaj ratunkiem, jednak sosu aż tak dużo nie było. Trafiły mi się skrzydełka pokryte sosem całkowicie, częściowo i ze dwa zupełnie bez niego.

W pełnej krasie smak wypadł faktycznie dobrze. Jednak te suche nie były już takie fajne. Ratunkiem dla tej pozycji jest właśnie całkowite glazurowanie albo pieczenie skrzydełek w piekarniku, co fakt faktem wydłuża czas przygotowania, ale są one wtedy dużo bardziej soczyste.

Na pochwałę zasługuje sos serowy, delikatny, kremowy ale jednak silny w smaku. Dokończyłem go właśnie z selerem, warzywo warzywem, ale razem to poezja smaku.

Smakowitość: 6,5/10 (sos serowy 9,5)
Współczynnik ‚zwycięstwa z anoreksją’: 76%

Texas BBQ Burger Menu
Cena: 25,98 zł

[Lite Lit]
ZAWSZE sprawdzam burgera BBQ – jestem ich fanem, zwłaszcza sosu, choć i dodatkowy bekon robi swoje. Także trochę się napaliłem, tym bardziej że cena wysoka.

Czekałem jakieś 50 minut. Długo. Burger powinien być gotowy w maksymalnie 15 minut. Czas oczekiwania jeszcze bym jakoś przebolał, gdyby nie to, że danie okazało się zimne. Bułka lodowata, kotlet letni. Prawdopodobnie nie grało coś na linii kucharz – obsługa sali, skoro potrawa dotarła do mnie w takim stanie.

A szkoda, bo burger ma potencjał. Sos BBQ – jeden z dwóch najważniejszych składników – jest tu naprawdę smaczny. Tak jak napisał J-Mac – nie tak jak w Łapu Papu, ale też lepszy od zbyt ciężkiego z Food Patrol. Kotlet wołowy – serce każdego burgera – był w zbyt niskiej temperaturze, bym mógł w pełni ocenić jego jakość. Cienki, o dużej średnicy, mocno wysmażony (wolę średnio). W smaku bardziej przypominał mi poziom McDonalda lub Burger Kinga niż przywoływanych przeze mnie poznańskich burgerowni.

Reszta dodatków na plus. Najwięcej szału robi bekon z czerwoną cebulką. Nihil novi.

Trudno wystawić mi końcową ocenę. Jako że burger przyszedł zimny, nie powinienem dawać mu więcej niż 3/10. Z drugiej strony wydaję mi się, że dobrze przygotowany ma potencjał na szóstkę, może nawet siódemkę w dziesięciopunktowej skali. Czyli mniej niż dwa razy tańszy (ok, tu były jeszcze zimne fryty i colesław, ale mi to wielkiej różnicy nie robi) burger BBQ dostępny na tej samej ulicy. Takim żarciem 7th Street Poznania nie podbije. Chyba że zejdzie z warszawskich cen.

Smakowitość: 3/10
Współczynnik ‚zwycięstwa z anoreksją’: 70%