Wyszukiwarka

Bar Metka po kuchennych rewolucjach

Lokalizacja: ul. Zeylanda 6/1, Poznań

Razem z rednaczem oraz dwiema towarzyszkami broni (tudzież widelca i łyżki) wybraliśmy się do baru Metka. Czyli po raz kolejny sprawdzamy na blogu Magdę Gessler. Pełni nadziei na dobre żarełko szybko strzeliliśmy fotkę przed restauracją i wskoczyliśmy do środka. Szybki rzut oka na wystrój: bardzo ładny, klimatyczny. Stoliki dość małe, ale da się to przeżyć, miejsca mają niewiele, da się zrozumieć. Tyle o wystroju, bo nie jest to blog o projektowaniu wnętrz.

Motto Magdy Gessler: ma być smacznie, jak u mamy, a menu ma być na tyle nierozbudowane, żeby wszystko było robione od razu. Karta dań faktycznie skromna, da się uwierzyć, że wszystko świeżutkie. No okej. Ja wybrałam kopytka z boczkiem i kapustą. Naczelny gulaszową i wątróbkę (ble), na stole wylądowała też buła z metką (no oczywiście) oraz żurek.

Pierwsze wjechały zupy i bułka z metką. O gulaszowej wiem tyle, że mocno ostrrrra, ale smaczna. Żurku skosztowałam jedną łychę. Nie przyczepię się do niego, o nie. Wyczuwalny zakwas, majeranek, kwaśny jak potrzeba. Brakowało tam jajka i kiełbaski, to tak z mojego odczucia.

Bułka z metką – strzał w dziesiątkę! Bułka świeża, metki sporo, trochę za dużo cebuli jak dla mnie, bo lekko zabijała smak. Nawet osoby nieprzekonane do tego specyfiku go polubiły. Za to plus. Duży. Tutaj niestety kończą się pochwały ode mnie. I nie dlatego, że jestem hejterem. Dobre jedzenie docenię zawsze.

Kopytka… W kilka sekund po tym, jak wjechały na stół widać było, że oszczędzanie jest we krwi poznaniaków. Nie dlatego, że porcja mała, bo była duża, jednak wiadomo, że boczek jest droższy od kapusty. Na środku wielka, wielka, wielka kupa kapusty, dookoła kopytka, do których zaraz dojdziemy i gdzieniegdzie pojawiał się boczek.

Moje 3 główne zarzuty do kopytek:

1. Za dużo niesmacznej kapusty, która była zdecydowanie za kwaśna i smakowała… dziwnie. Po prostu dziwnie (po dłuższej kontemplacji doszłam to wniosku, że zwyczajnie była przekwaszona).

2. Zdecydowanie za tłusto. Cała potrawa oblana była tłuszczem. Ja wiem, walczymy z anoreksją, ale niekonieczne jedząc kopytka ociekające olejem. Ble ble.

3. Same kopytka. Nie chcę nikogo obrażać, ale mam pewne wątpliwości, czy były świeżo robione. Dlaczego? Ponieważ na kij podsmażać kopytka?! Smaku nie miały, jakieś takie twarde i były żółte. Niedobre, jednym słowem.

Dodatkowo: łazienka pożal się Boże. To, że mała, da się przeżyć, ale zapach… jak dworcowy szalet. Okropny, okropny. Obsługa – jeszcze gorsza. Kelnerka nie zasłużyła sobie na napiwek. Nie dość, że nie podała napoju od razu i trzeba było się upomnieć, to później przyniosła złą, bo niegazowaną wodę i trzeba było upominać się raz jeszcze. Kobieta miała taką minę, że zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie napluje mi do kopytek. Albo Maćkowi do wątróbki. Miejmy nadzieję, że tak nie było… Były trzy kelnerki i w tak małym miejscu jak bar Metka nie dawały sobie rady. Rachunek przyniesiony jakby z łaski, wręczony z miną księżniczki, której nie spełnił się sen o rycerzu na białym koniu i musi pracować na swój własny zamek. Zdecydowanie nie mam ochoty tam wracać i testować innych potraw. Droga Magdo Gessler… rewolucja udana tylko w połowie. A szkoda, bo knajpa ma potencjał.

[Lite Lit]
Tak, tak. Koszmarna łazienka. Nawet w sytuacji, gdy wlepka Stali Gorzów przypomina o rodzinnym mieście (bez spiny, nie kibicuję, ze stilonowskiej też bym się ucieszył). Obsłudze śmiało można pokazać środkowy palec. Zachowaniu w stylu „nie lubię swojej pracy, więc daję po sobie poznać”, mówię, jak parówkowym skrytożercom, stanowcze NIE. Ale my tu pierdu-pierdu, a zupa stygnie.

A gulaszowa była przecież smaczniutka. I naprawdę ostra, Ewa jest dobrze poinformowana. Okej, pot mi nie spływał po plecach, oczy wcale mocno nie łzawiły, poradziłem sobie bez napoju, ale rzeczywiście pikantna. W wywarze pływały spore kawałki papryki, jeszcze większe dobrego mięska. No, no, od samych wspomnień pociekła ślinka, a w brzuchu zaczęło burczeć!!!

Szybko jednak tracę apetyt, bo wątróbka smakowała „nie bardzo”. Wiem, że „nie ma jak u mamy” itd., ale mimo wszystko spodziewałem się jakości choć lekko zbliżonej do przepysznej wątróbki z jabłkiem, cebulką i rodzynkami, którą czasem moja rodzicielka zaserwuje swojemu dziecku (czyt. mnie – mój brat, pan magister, wątróbką samą w sobie gardzi). W „Metce” o rodzynkach zapomnieli, jabłka podali tyle, co kot napłakał, a więcej cebuli w jednym daniu widziałem chyba tylko dzień wcześniej w najbardziej niesmacznym kebabie, jaki zjadłem ever. A z cebulą nie wolno przesadzać: więcej, to nie zawsze lepiej. Wspomnianego kebaba wyrzuciłem do śmieci, talerz z wątróbką, ale już bez wątróbki, a z cebulą, zostawiłem niedokończony. Takich rzeczy redaktor naczelny najlepszego super bloga w sieci na co dzień nie robi. Kuchenna rewolucja udana w 1/4!!!

Smakowitość:
* bułka z metką 8/10
* kopytka 3/10
* gulaszowa 8/10
* wątróbka z cebulką i jabłkiem 2/10

Ceny: przystępne
Obsługa: dwója na szynach