Wyszukiwarka

Jedzenie (Poznań)

Słowo „rozczarowanie” w kontekście wizyty w tym miejscu byłoby zwykłym eufemizmem. Serio, na usta cisną mi się same przekleństwa.

Pozwólcie jednak, że zanim do nich dojdę, będę stopniował napięcie i cofnę się o jakieś pół roku, do pierwszej wizyty w Jedzeniu. W jej przypadku słowo „rozczarowanie” byłoby przesadą, bo wychodząc z lokalu po prostu lekko kręciłem nosem. Na cztery próbowane dania tylko jedno smakowało mi na tyle, by chcieć na nie kiedykolwiek wrócić. W zasadzie to nie tyle na całą potrawę, co na jej część. Orzechowe bataty były naprawdę doskonałe, ale już towarzyszący jej cytrynowy kurczak przypominał trochę moje kulinarne wybryki. A ja to zawsze coś spartolę.

Było to jednak parę tygodni po otwarciu Jedzenia. Dla świeżych knajp mam raczej taryfę ulgową – jeśli nie ma tragedii, tylko jest nijako, to wstrzymuję się z recenzją i wracam po paru miesiącach sprawdzić, co się zmieniło. W tym przypadku było podobnie, tyle że na dokładkę Jedzenie wygrało moją comiesięczną sondę na knajpę, którą muszę koniecznie odwiedzić. Mówiąc wprost, właściciele lokalu zdawali sobie sprawę, że przyjdę do niego zjeść przed końcem maja. Tym bardziej dziwi mnie to, co wydarzyło się podczas mojego drugiego podejścia do Jedzenia.

Wybrałem się tam w czasie Blog Conference Poznań – wydarzenia, na które przyjechało kilkuset blogerów z całej Polski. Zabrałem ze sobą czwórkę z nich i nie wszyscy się najedli, ja przede wszystkim najadłem się wstydu, a budowana latami reputacja gościa, który zna bardzo smaczne miejsca w stolicy Wielkopolski, została mocno nadszarpnięta. W końcu zabrałem ich w miejsce nie tyle słabe, co poniżej jakiejkolwiek krytyki.

O ile dwójka moich znajomych trafiła całkiem dobrze, bo zamówiła wspomnianego wcześniej kurczaka z orzechowymi batatami (23 PLN), o tyle Ania Sudoł z bloga Grochem o Garnek długo będzie wspominać wizytę w Jedzeniu, niestety w bardzo negatywnym świetle. Trudno mi znaleźć bardziej adekwatne określenie, więc z góry przepraszam za wulgaryzmy, ale zamówiony przez nią stir z fry (27 PLN) z tofu był spierdolony w sposób koncertowy. Wiem, bo spróbowałem od niej kawałka tej prawdziwej tragedii.

fot. Anna Sudoł (grochemogarnek.pl)

Zacznijmy od tego, że jestem tolerancyjny jak mogę, ale nigdy nie będę tolerował podawania niedogotowanego makaronu w knajpie. Serio, to nie było żadne „super al dente”, tylko makaron, który mógłby gotować się w garnku jeszcze przez dobre 2-3 minuty. Naprawdę nie wiem, jak to się mogło stać, przecież w tej prostej czynności nie ma większej filozofii. Gotujesz wodę, wrzucasz makaron i czekasz tyle minut, ile napisał producent na opakowaniu. Jak nie masz pewności, bo jesteś gapa i nie pilnujesz czasu, to wyciągasz jedną nitkę i próbujesz, czy jest okej. Albo sprawdzasz „na oko”: po tym makaronie było widać na pierwszy rzut oka, że coś jest z nim nie tak, dziwnie się „zachowywał” i przy nakładaniu go na talerz kucharz nawet bez doświadczenia powinien to zauważyć. Taki makaron nie powinien wyjść z kuchni!

Jakby tego było mało, nazwanie tego dania „stir fry” okazało się sporą przesadą ze strony kogoś, kto układał menu. Ba, moje „rozczarowanie” ze wstępu tej recenzji było eufemizmem znacznie mniejszego kalibru. Otóż stir fry to proste danie z woka, w którym prócz makaronu lub ryżu i ew. dodatku mięsnego jest też sporo warzyw. Niech to będą nawet tanie warzywa, pokroju marchewki czy selera naciowego, ale niech będą one chociaż trochę zróżnicowane. Odniosłem wrażenie, że tutaj poza cebulą nie było nic innego. Ania wspominała coś o porze, w menu stał pak choy, ale ja ani jednego, ani drugiego się nie doszukałem, a nawet jeśli się cokolwiek z tego się pojawiło, to co z tego? Cebula + pak choy + por = stir fry? Zatrzymajcie tę karuzelę śmiechu, proszę!

Niestety, kręciła się ona jeszcze szybciej, kiedy po dwóch kęsach do mojego mózgu dotarła informacja, że sos w tym daniu jest tak paskudnie słony, że aż niejadalny. Nie wiem, czy ktoś nieopatrznie zalał patelnie sosem sojowym, czy omyłkowo wsypał na nią całą sól z Wieliczki, ale Ania danie zwróciła i nic tylko jej za to przyklasnąć.

U mnie i Dawida z bloga Secondhand Dandy było tylko trochę lepiej. Zamówiliśmy bibimbap i – parafrazując słowa syna Pauliny Wnuk – nie smakowało nam, ale nie wypluliśmy. Mieliśmy w zasadzie podobne zarzuty, co Ania w stosunku do swojego dania, pomijając dobrze ugotowany ryż i całkiem fajną różnorodność na talerzu. Niemniej, za przesolenie wołowiny należy się bura – lubię intensywne smaki, ale tutaj ktoś zdrowo przesadził, a jeśli je tak na co dzień, to polecam sprawdzić w przychodni, czy aby na pewno wszystkie wyniki ma w normie. Druga sprawa, co to za bibimbap bez ostrości od pasty z pikantnych papryczek? Gdyby zjadł go Koreańczyk, to najprawdopodobniej by się załamał.

Kiedy myśleliśmy już, że nic nas nie zaskoczy, a z tak niskiego poziomu nie da się zejść jeszcze bardziej w dół, to na stole pojawiło się brownie z fasoli (9 PLN), które – tak tylko nadmienię – było płaskie i nie miało kompletnie żadnego smaku. I uwierzcie mi, to nie jest tak, że brownie z fasoli nigdy nie ma smaku, bo jest z jakiejś fasoli, a nie z bardziej prawilnych pełnoglutenowych i pełnolaktazowych składników. Parę miesięcy temu moja znajoma zrobiła takie brownie z fasoli, że zjadłem trzy kawałki pod rząd piejąc z zachwytu, a kiedy powiedziała mi, że tak naprawdę nie jest to zwykłe brownie, a brownie z fasoli, to powiedziałem, że mam to w dupie i zjadłem jeszcze dwa kawałki. W Jedzeniu po dwóch kęsach stwierdziłem, że nie ma sensu go jeść, bo równie wielką przyjemność sprawia mi połykanie powietrza, a zapychać się fasolą nie ma co, bo sami wiecie, co się dzieje parę godzin później.

Przyznam, że jestem zawiedziony nie tylko dlatego, że zabrałem znajomych na kiepskie jedzenie i sam zjadłem źle, ale też z uwagi na to, że wiązałem z tym miejscem spore nadzieje. Bardzo fajna przestrzeń, ciekawe menu z wpływami kuchni azjatyckiej, ukłony w karcie dla ludzi będących na różnych dietach – no, zapowiadało się nieźle! Poza pomysłem musi być jednak jeszcze wykonanie, a tutaj ktoś ewidentnie umiejętności gotowania pozostawił w domu.

Mimo wszystko mam przebłyski nadziei, że zgodnie z przysłowiem „co nas nie zabije, to nas nie zabije, a być może jakoś wzmocni”, ekipa Jedzenia wyciągnie wnioski po tej jednej gwiazdce i popracuje nad menu oraz tym, co się dzieje w kuchni. Ten promyk lepszego jutra zauważyłem, gdy Ani nie policzono za dania, które zwróciła (stir fry i brownie, jadła jeszcze pierożki z festiwalowego menu Culinary Fest i one były okej) – niby normalna praktyka, ale w knajpach, w których coś się pieprzy, znowu nie taka oczywista.

Lokalizacja: Masztalarska 17a, Poznań | fanpage

zakres cen: 20-30 PLN

Ocena Ogólna