Wyszukiwarka

Nowa Sytuacja (Poznań)

nowa sytuacja

Żelazna logika: zaproś nas > miej w menu żeberka i policzki wołowe > zaproponuj menu degustacyjne > poczęstuj niemal wyłącznie daniami bezmięsnymi > tak, bez żeberek i bez policzków – czyli o zawodzie Nową Sytuacją słów kilkanaście dziesiąt set.

Sobota wieczór. Wraz z MruMru udajemy się – na specjalne zaproszenie – do ciekawej knajpy, serwującej dania łączącej w sobie regionalne, wielkopolskie składniki z pomysłami z całego świata. W chwili, gdy odwiedzaliśmy Nową Sytuacją czuć było przede wszystkim wpływy wschodnioazjatyckie, głównie koreańskie – odnoszę wrażenie, że jakaś wariacja na temat kimchi pojawia się w co trzecim daniu. Menu zmienia się tu teoretycznie co miesiąc, ale zarówno w chwili, gdy odwiedziliśmy lokal (ostatni dzień lutego) i gdy piszemy te słowa (drugi dzień marca) jest ono identyczne.

Wita nas, jak mniemam, albo jeden z właścicieli, albo jeden z „wyżej postawionych” w knajpie. Pyta, co byśmy zjedli, a my go, co by polecił. Mówi, że jest mięsożercą, my też, więc wskazuje na żeberka i policzki wołowe. Już się na nie decydujemy, pojawia się „jeszcze wyżej postawiony” i proponuje nam menu degustacyjne. Jesteśmy na tak, bo dzięki temu możemy posmakować większej ilości dań, nie objadając się do granic przyzwoitości. Dziś bym w życiu nie przystał na takie rozwiązanie.

Cały set degustacyjny składa się z 8 dań. Zanim zacznę się rozczulać nad każdą z potraw z osobna, uwaga ogólna: Jesteśmy mięsożercami, którzy wprawdzie nie zamykają się na poznawanie wegetariańskim smaków, ale gdy kusi się ich żeberkami i policzkami wołowymi, a w zamian oferuje smażony jarmuż i „kaszankę” z bakłażana, to albo wygląda to na sabotaż szefa kuchni, albo na brak porozumienia między nim a osobą, która nas zaprosiła. Tylko dwie spośród ośmiu potraw mają w sobie mięso, reszta to wegepropaganda pełną gębą – w naszym przypadku proporcje powinny być odwrotne.

Z czego wynika to nieporozumienie? Może osoba, która nas zaprosiła, nie dogadała do końca sprawy z szefem kuchni? Może należy zwalić to na barki ogromnego zamieszania, jakie panowało w Nowej Sytuacji (dwa różne eventy jednego dnia), co przełożyło się również na długie oczekiwanie na kolejne potrawy? Naprawdę nie wiem. W konsekwencji do Nowej Sytuacji nie zamierzam wracać – nie jem tam nic, co by mnie do tego popychało.

I – teraz już naprawdę – zanim opowiem o każdym z dań, posypię też głowę popiołem: z naszej strony nie wszystko również było idealne. Mieliśmy stawić się w większym groniem osobowym, w tym z Kiziem, który na blogu odpowiada na zdjęcia. Efekty widzicie – staraliśmy się mocno, ale z kompaktowymi aparatami przy tym oświetleniu nie daliśmy rady wykrzesać więcej.

Na początek: maślana zupa z kukurydzy z tymiankiem i chili. Jak na moje: udana kompozycja. Wiele się tu dzieje, bo jest i delikatny, maślany posmak, i niepodrabialność tymianku, i lekka pikantność, i słodycz od kukurydzy. Hasztag #foodgasm byłby tu przesadą, ale smakuje mi, nie zaprzeczę.

DSC08593 (Kopiowanie)

Podobnie wypada pierwsza z przystawek: kimchi klasyczne z sezamem i tofu. Nie ma się czym zachwycać, ale też krytykowanie byłoby błędem. Kimchi wprawdzie jadałem już lepsze, ostrzejsze i bardziej wyraziste, lecz wszelkie niedociągnięcia nadrabia dobrze przyprawione i lekko chrupiące z wierzchu tofu.

Następna z przystawek jeszcze nie zwiastuje postępującej irytacji, ale zdradza jedną z cech szefa kuchni: lubi on kombinować i czasem niestety przesadza. Bo o ile wędzona słonina na chlebie żytnym z żurawiną i pastą z ostrej papryki brzmi świetnie, o tyle podanie do niej kawy zbożowej, rozpatruję w kategoriach słabego żartu. Jest ona niesmaczna i nie nadaje się do picia. Za jej obecność leci ocena w dół, bo poza tym przystawka bardzo mi smakuje.

DSC08607 (Kopiowanie)

Kolejna przystawka zaczyna wzbudzać mój niepokój: sałatka z fasoli azuki, jabłka i kalarepy z wędzonym serem. Nie smakuje to źle, ale trochę nie rozumiem sensu jej istnienia. Rzecz, której nigdy nie spróbowałbym sam z siebie. Strasznie rozczarowuje mnie wędzony ser – spodziewałem się silniejszego aromatu.

Czas na dania główne – po małym grymasie wywołanym dziwną sałatką liczę na żeberka. Albo policzki. Zamiast nich: smażony jarmuż. Dla mniej siedzących w temacie: to takie warzywo, na które jest obecnie moda w gastronomii. Lokale i blogerki kulinarne propagujące zdrowy tryb życia prześcigają się w jego wykorzystaniu. Kiedyś był topinambur, teraz jest jarmuż. W Nowej Sytuacjj podaje się go z kartoflami, glonami nori i kimchi jabłkowo-imbirowym. Wszystko z osobna smakuje dobrze. Razem się jednak kompletnie nie komponuje – tak jakbym jadł każdą z części składowych z osobna. Bez sensu.

DSC08631 (Kopiowanie)

Myślę sobie, że teraz już na pewno wjedzie coś mięsnego, pora przecież na jakiś konkret. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy kelnerka z dumą w głosie ogłasza, że oto wynalazek szefa kuchni – kaszanka wegetariańska z bakłażana. Patrzę z niedowierzaniem na MruMru, robię kilka fot i zabieram się za konsumpcję. Dziwię się po raz drugi, bo kaszanka z warzywa smakuje jak kaszanka z mięsa. Może gdybym tego dnia jadł wcześniej prawdziwą kaszankę, to wyłapałbym jakieś różnice, ale tak to nie. Za to ogromny plus – nigdy nie sądziłem, że kiedykolwiek powiem tak o wegekaszance.

Teraz to już muszą być też żebra, mówię sobie w głowie. Jak zakończyć, to z mocnym akcentem. Żeber nie ma, jest mięso – niestety w daniu z najmniejszym potencjale w karcie. Sztuka mięsa w bulionie z jarzynami, kapustą i wasabi. Nie brzmi to jakoś fenomenalnie – zwłaszcza że za kapustą i wasabi nie przepadam – i wygląda też raczej średnio. Mięso, na całe szczęście, smakuje bardzo dobrze. Nie mam pojęcia, jak było przygotowywane, ale najbardziej przypomina mi rozpływającą się w ustach pieczeń. Znów nie ma zachwytu, ale jem ze smakiem.

DSC08648 (Kopiowanie)

Na koniec deser, który okazuje się najlepszym daniem w ciągu dnia, choć również nieco zbyt przekombinowanym. Bo o ile rewelacyjnym krem mango doskonale łączy się z kruszonką i żurawiną, o tyle z pieprzową śmietaną już niekoniecznie. Niepotrzebne udziwnienie – a mogło wyjść danie, dla którego chciałbym wracać do Nowej Sytuacji…

…bo jak pisałem, po tej wizycie nie mam do czego. A wydaję mi się, że w menu knajpy tkwi spory potencjał. Potencjał, którego nie dane nam było zasmakować. Żeberka, policzki wołowe czy dziczyzna w cieście chyba na zawsze pozostaną w naszych marzeniach.

A może się mylę? Co Ty na to Mru?

MruMru

[MruMru]

Tak, ten potencjał zdecydowanie nie był wykorzystany. Wiecie co.. siedzieliśmy tam trzy godziny, wyszliśmy najedzeni, ale źli. Z postanowieniem – już tam nie wrócimy. Już na wstępie widzimy, że dzieje się w restauracji dużo, ale nie zwiastowało to jeszcze katastrofy, która niestety, ale miała miejsce. Z minuty na minutę moja mina się zmieniała. Raz na rozczarowanie, raz na niedowierzanie, raz byłam rozbawiona. Nieogarnięcie pełną gębą. Obsługiwały nas trzy osoby, plus na chwilę pojawił sie (chyba) właściciel. W czasie wizyty miałam wrażenie, że nie ma żadnej komunikacji między pracownikami. Nawet na wodę czekaliśmy godzinę, bo informacja nie dotarła do kelnerki, która była dosłownie 3 metry od nas, przy barze. Chcę zaznaczyć też – bo tak, będę marudzić jeszcze niżej – że nigdy nie domagam się specjalnego traktowania, ale wymagam chociaż te minium zainteresowania, tym bardziej, że to restauracja zaprasza nas. Nikt nam nie opowiedział o daniach, własciciel ledwo wspomniał coś o samym lokalu. Miał przyjść do nas szef kuchni ustalić co jemy, nie pojawił się i zadecydował za nas. I patrzcie, co z tego wyszło.

Zaczęliśmy zupą, całkiem dobrą, chociaż trochę za rzadką, jak na zupę krem z kukurydzy. Tymianek pasuje do kukrydzy, chociaż brakowało mi soli, a dla mnie danie bez soli nie ma smaku. Niestety nie było nigdzie solniczki, a kelnerzy latali w te i we te nie bardzo na nas patrząc. Jadłam więc bez soli, no trudno. Nie czułam pikantności w trakcie jedzenia, ale jak skończyłam jeść, miałam na języku przyjemny, lekko ostrawy posmak.

Następnie kimchi z tofu. Generalnie to wg mnie tofu smakuje tym, czym go przyprawisz, a tak to jest, bo jest. Mnie smakiem nie uwodzi. Kimchi było ostre. Mocno ostre. Kwaśne, imbirowe. Fajnie ukiszone. Danie dla mnie bardziej jako dodatek do głównego. Ah, i picie obok siebie trzeba mieć. Wspominałam, że na wodę czekaliśmy godzinę? Oj piekło, bez możliwości szybkiego ratunku.

DSC08601 (Kopiowanie)

Wjeżdża wędzona słonina na chlebie. Oczywiście nie tak szybko, trochę na nią poczekaliśmy, ale już się nie pienię… Słonina fajna, żurawiny do niej pasują, pikantny sos z papryki faktycznie jest pikantny. Ale pieczywo jest spalone, a kawa pasuje jak smark do rękawa. Jeszcze kawa jak kawa, ale zbożowa? Ogólnie nie jest źle, zaostrzyli mi apetyt.

Następnie wjechała sałatka. I to taka nieudana, bo była tam fasola azuki (taka malutka), jabłko, kalarepa i starty żółty, wędzony ser. Nie czułam żadnego sosu, nie było żadnego spoiwa. Smakowało tak sobie, bo nic się nie łączyło. Była sobie fasola, było sobie jabłko, kalarepa i na tym leżał starty ser. Nie. Po prostu. PS Dostaniemy w końcu mięso?

DSC08614 (Kopiowanie)

Nie, ale dostaniemy smażony jarmuż z ziemniakami i kimchi jabłkowo-imbirowym. Kolnejna rzecz, która do mnie nie przemawia. Jarmuż to sałata. Smażony jarmuż to smażona sałata. Gdyby do tego był jakiś sos, jakaś ciekawa przyprawa, mogłoby to jakoś smakować. Do tego pół ziemniaka w mundurku i kimchi. Wszystko smakowało na jedno kopyto. Miałam wrażenie, że każde danie, które dostajemy jest do siebie podobne. Zaczynałam już być lekko podirytowana tym, co się dookoła nas działo. Z rednaczem wymienialiśmy już spojrzenia i uwagi mówiące – jak następne danie będzie bez mięsa, to nie będzie dobrze.

I tak, nie przynieśli nam mięsa. Miałam ochotę w tym momencie się roześmiać. Spojrzenie na rednacza – jest tak samo zmieszany jak ja. Ale że to? Kaszanka, wegańska, nam? A może to prowokacja – już jesteśmy tak znani, że wzięli nas do programu „Mamy cię!”? Oglądaliście film „Chef”? Jest tam scena z krytykiem kulinarnym, który przychodzi drugi raz do restauracji i dostaje dokładnie takie samo menu, które wcześniej zmieszał z błotem. Miałam dokładnie taką samą minę, jak w momencie, w którym dostaje jajko z kawiorem. Ajć…. Kaszanka smakowała w sumie, jak kaszanka z mięsa, z tym że był wyczuwalny bakłażan. Ale położone to było na tłuczonych ziemniakach bez smaku podane z surówką z jabłka. Za dużo tego jabłka, za mało mięsa.

DSC08642 (Kopiowanie)

W końcu jednak mięso się pojawiło. Alleluja! Była to sztuka mięsa w bulionie. z kawałkiem kapusty i kawałkiem szczypiorka. Chyba najlepsze danie z tych, które nam zaserwowali. Mięso było mięciutkie, rozpływało się ustach, smakowało jak pieczeń mamusi. Pycha. Bulion mocno esencjonalny. Pomijam w ocenie kawałki kapusty, 2 plastry marchewki i szczypiorek… Wasabi nie lubię, ale pewnie pasuje do mięsa, bo mięso z chrzanem jest pycha.

Potem już tylko deser. Krem z mango był fajny, taka bardziej pianka niż krem, ale ta kwaśna śmietana z pieprzem… Po co?

DSC08664 (Kopiowanie)

Zjedliśmy deser, poczekaliśmy 10 minut, nikt do nas nie przyszedł, nikt się nas o nic nie zapytał, nikt nie powiedział nam nawet do widzenia. Wrażenia – dziwnie. Plus uczucie, że potencjał nie został wykorzystani – przecież i Wy, nasi fani mówiliście, że żeberka i policzki pycha. Kelner też je polecał, dlaczego ich nie dostaliśmy? Nie wiem. Szkoda.

Lokalizacja: Wielka 18, Poznań | fanpage

Ceny:
* zupa z kukurydzy – 10 zł
* kimchi z tofu – 12 zł
* wędzona słonina – 15 zł
* sałatka z fasoli azuki – 14 zł
* smażony jarmuż – 24 zł
* wege kaszana – brak danych
* sztuka mięsa w bulionie – 38 zł
* krem mango – 12 zł

Smakowitość:

zupa z kukurydzy 72%
kimchi z tofu 65%
wędzona słonina 67%
sałatka z fasoli azuki 53%
smażony jarmuż 45%
wege kaszanka 70%
sztuka mięsa 75%
krem mango 77%

Współczynnik „zwycięstwa z anoreksją”: bez mięsa nie ma jedzenia

Prowadzisz restaurację? Zajmujesz się promocją lokalu gastronomicznego? Chcesz zaprosić redakcję Wygrywam z Anoreksją na degustację w celu rzetelnej oceny? Pisz na m.blatkiewicz@maciej.je lub dzwoń pod nr tel. +48 530 794 235 – jesteśmy otwarci na propozycje.