Wyszukiwarka

Raj i Cafe La Ruina (Poznań)

Moje ulubione miejsce w Poznaniu.

Determinuje je jedna rzecz: osobowość właścicieli, Moniki i Jana, wiecznie podróżującego małżeństwa. Raj i La Ruina to ich podejście do kuchni, ich podejście do życia, ich pasja i ich bezkompromisowość. Odnajduję to na każdym metrze obu lokali, na każdym talerzu, w każdej szklance, w każdym poście na Fejsie i na każdej stronie ich świetnego albumu z przepisami.

Bo Monika i Jan są jacyś. Nie byle jacy, nie nijacy, tylko jacyś. Tak samo ich knajpy. Można je lubić, można nie lubić ich wcale, ale na pewno nie dlatego, że są to kolejne takie same lokale gastronomiczne. Co to, to nie.

Zobacz videorecenzję i zasubskrybuj mój kanał na YouTubie

Ja lubię za kuchnię. Byłem w Raju kilkanaście razy i nie przypominam sobie, aby mi kiedykolwiek coś tutaj nie smakowało. Lubię dania, które są dobrze doprawione i które są wyraziste. Niezależnie, co tutaj jadłem, zawsze było to intensywne doświadczenie, choć czasem dlatego, że pod względem pikanterii przenosiło mnie w trochę inny świat.

Tak było z laab (36 PLN) – piekielnie ostrym daniem z Laosu z kaczki lub wołowiny. Albo khmerską kanapką szefa (35 PLN), czyli wariacją nt. wietnamskiego banh mi (również w ofercie – 30 PLN). Tajskie chili mam w sobie naprawdę dużo mocy i co najciekawsze, czujesz ją jedynie w jamie ustnej, a nie jak w przypadku papryczek znanych z kuchni meksykańskiej również w przełyku. Mało tego, przy obu daniach może i płakałem jak bóbr, ale też czułem wszystkie pozostałe nuty smakowe. I taką pikanterię to ja lubię.

Choć nie ukrywam, wolę rzeczy mniej ostre i właśnie od nich polecam Wam zacząć przygodę z Rajem. Najlepiej w ogóle skupić się na pozycjach stałych, tzw. hitach. Zresztą, jeśli pogadacie z kimkolwiek z obsługi i powiecie, że jesteście tu pierwszy raz – zamówicie pad thai (29-34 PLN) i ew. zupę pho (28 PLN), nie będzie innej opcji. Najlepiej z kimś na pół, bo samemu trudno przejść obie pozycje – chyba że jest się wielkim głodomorem.

To też są dania bardzo niebanalne. Pho to jazda bez trzymanki dla wielbicieli korzennych smaków. Jadłem tę zupę w wielu miejscach, ale zazwyczaj brakowało jej tej głębi, którą odnalazłem w Raju. Bo wiecie, w wielu miejscach to wciąż ciut mocniejszy rosołek, doprawiony marynowanym czosnkiem, chili, tylko czasami z wyraźną anyżową nutą. Na Śródce dochodzi do tego cała gama korzennych przypraw, na czele z moim ulubieńcem, czarnym kardamonem.

Z kolei sekret pad thaia tkwi w sosie na bazie cukru palmowego, tamaryndowca i sosu rybnego. Trudno przejść obok niego obojętnie – jego słodycz przełamuje się z charakterystycznym rybnym posmakiem, co albo pokochasz, albo znienawidzisz. Co poza tym? Makaron, tofu, orzeszki ziemne, chili, kiełki i duuużo kolendry. Opcjonalnie rostbef wołowy. Tradycyjnych dla pad thaia krewetek nie ma, bo jak twierdzą właściciele, nie są w stanie sprowadzić do Poznania dobrych jakościowo owoców morza.

Jeśli przy pierwszej wizycie posmakują Wam te dwa dania, to przy kolejnej warto oprzeć się pokusie zamówienia jeszcze raz tego samego zestawu, na rzecz innych stałych pozycji z karty, np. prawdziwie tajskiego curry (37-42 PLN) lub włoskiego testaroli (25 PLN) – ni to makaron, ni to naleśnik, w smaku totalnie obłędny – albo tzw. dań spod lady. Monika i Jan to bowiem wiecznie podróżujące małżeństwo, które ze swoich bliższych i dalszych podróży przywozi przepisy oraz torby przypraw oraz rzadszych i możliwych do przewiezienia składników, z których powstają dania z najodleglejszych kawałków świata.

To jest właśnie w Raju fajne, że kierują nim prawdziwi pasjonaci, ludzie mocno zakręceni – jeśli posmakuje im coś w Azji, Afryce lub Ameryce Południowej, to zrobią wszystko, by przenieść to danie na Śródkę, ale bez chodzenia na skróty, tylko 1:1, dokładnie tak jak w tym miejscu, w którym go spróbowali. Żadnych kompromisów.

Tym sposobem w ich rajskiej kuchni raz na jakiś czas pojawia się marokański tadżin – potrawa, którą zachwycać się można na wiele sposobów, wszakże i wizualnie, i pod względem sposobu przygotowania robi wrażenie, ale końcowy efekt smakowy przysłania wszystko inne. Bywa też fattoush – bezmięsna sałatka z Izraela, która czaruje całą gamą również bardzo pikantnych przypraw. Albo – pozostając w bliskowschodnich klimatach – patelnia Jerusalem (36 PLN), czyli danie z jagnięciny i pomidorów, doprawiane baharatem, kuminem i kolendrą. Jakby tego było mało, jest tu jeszcze kardamon, sos tahinowy, zielone chili i melasa z granatu. Prawdziwa uczta dla zmysłów!

tadżin

fattoush

jerusalem

Spod lady możecie też zamówić kanapki, które od dłuższego czasu pozostają w menu niemal codziennie. Oprócz banh mi i jej khmerskiej wariacji, mogę polecić pad thai… burgera (29 PLN). Na dobrą sprawę jest to odchudzony z makaronu pad thai włożony w pieczywo. Równie fajną ciekawostką okazuję się burger peruwiański (33 PLN), w którym jedną z głównym ról odgrywają… domowe frytki. Frytki w bułce, nie ułożone tuż obok na talerzu.

pad thai burger

burger peruwiański

Co do picia? W moim przypadku zazwyczaj kończy się na piwie rzemieślniczym – nie ma może tak dużego wyboru jak w multitapach, ale zazwyczaj znajdzie się coś smacznego. Jeśli jednak przyjeżdżam samochodem, to stawiam na lemoniadę lub absolutnie wyjątkową, niezwykle orzeźwiającą herbatę marokańską (12 PLN), którą można dostać też obok, w La Ruinie.

To właśnie od tej małej kawiarenki wszystko się zaczęło. Powstała ona w czasach, kiedy na Śródce zbankrutował nawet sklep monopolowy, a teraz patrzcie Państwo, jak ta okolica się zmieniła! Knajpka na knajpce, pełno uśmiechniętych ludzi i klimat jakby nieco inny, bardziej sielankowy, a przecież geograficznie tak bardzo bliski wielkomiejskiemu zgiełku.

Jako człowiek, który nie przepada za kawą, do La Ruiny chodzę głównie na serniki. Te są tu doskonałe, jedne z najlepszych w mieście. 14 PLN za kawałek może wydawać się wygórowaną kwotą, ale zmienicie zdanie, gdy go już spróbujecie, no niebo w gębie! Ale z tą kawą to kłamałem. Jasne, nie przepadam za nią, to żadna tajemnica, ale jednak czasem w La Ruinie się przełamuję, zamawiając słodką kawę po wietnamsku (12 PLN). Choć i tak najbardziej lubię herbatę po marokańsku – jeśli jeszcze jej nie próbowaliście, to koniecznie nadróbcie!

Skoro już przy słodyczach jesteśmy… Zauważyliście, że strasznie słodzę? Jest jedna rzecz, która w Raju mi się bardzo nie podoba: brak pełnej obsługi stolikowej. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że zamówienia składamy przy barze, a potem przy nim również płacimy, co często powoduje kolejki. Co ciekawe, czasem zdarza się, że kelnerka przyjmuje zamówienie, podchodząc do zajmowanego przez nas stolika, ale za cholerę nie mogę pojąć, kiedy tak jest, a kiedy jednak robi się to przy barze – nie zauważyłem, aby miało na to wpływ obłożenie lokalu.

Kontrowersje wzbudzać może też wystrój Raju – nie ma tu wygodnych siedzeń, czasem siedzi się wręcz na plastikowych taboretach, a w weekendy bywa i tak, że konsumujesz coś siedząc na ziemi, w mieszczącej się na tyłach knajpy… sali kinowej (w której nota bene rzeczywiście dość regularnie puszcza się filmy). Mnie to w sumie odpowiada, pasuje to do klimatu knajpy i założeń wynikających z całej tej „kuchni podróży”, aczkolwiek czasem miałbym ochotę zjeść autentycznie azjatyckie czy bliskowschodnie jedzenie w nieco bardziej europejskich i wygodnickich warunkach.

Jeśli czytacie tego bloga od dłuższego czasu, to pewnie wiecie, że wcześniej w tym miejscu była całkiem inna recenzja Raju i La Ruiny. Końcową ocenę wystawiłem wprawdzie tę samą, ale tekst napisałem po swojej pierwszej wizycie. Po kilkunastu odwiedzinach doszedłem do wniosku, że artykuł zupełnie nie oddaje charakteru obu miejsc. Teraz – mam nadzieję – wygląda to inaczej, choć wciąż nie wspomniałem o pewnych daniach i niektórych smakach. Tak to już jednak bywa, że niektóre knajpy są na tyle nijakie, że trudno o nich sklecić dłuższy tekst, a z lokalami takimi jak Raj jest wręcz przeciwnie – trudno wszystko zmieścić w jednym artykule.

Pozwólcie więc, że już tylko powtórzę: to moje ulubione miejsce w Poznaniu!

AKTUALIZACJA (27.12.2017)

Być może znana jest Wam historia właścicieli Cafe La Ruina i Raj, którzy wraz z dziećmi wyruszyli w 300-dniową podróż autem po obu Amerykach. Relacjonują swój wyjazd na Fejsie i Instagramie i trudno się nie zakochać we wrzucanych przez nich zdjęciach. Wczoraj byli na prawdziwym końcu świata – w Ziemi Ognistej.

Co jednak z obiema knajpami? W końcu każdy mi dotąd mówił, że jeśli ma się swój biznes i nie dogląda się mu na miejscu, to dzieje się prawdziwy cyrk na kółkach. Ba, sam niejodnokrotnie byłem tego świadkiem w różnych knajpach i restauracjach. Ale nie na Śródce.

Wczoraj po przebudzeniu moim marzeniem była rajska zupa pho. Możecie szukać korelacji między tą zachcianką a moim poprzednim postem na tym fanpage’u i najpewniej to, co znajdziecie, będzie szczerą prawdą. Wracając do tematu pho (28 PLN), bez Jana i Moniki na pokładzie to jest wciąż najlepsze pho w Poznaniu, choć chyba ciut pikantniejsze.

Dalej było również doskonale. „Jerozolima” (36 PLN) jak zwykle zniewalała nie tylko swoim mocno mięsnym charakterem, ale i paletą przypraw i aromatów. Z kolei massaman curry (39 PLN), które jadłem pierwszy raz od chyba dwóch lat, zaskakiwało przede wszystkim mocno korzennymi nutami i pojawiającymi się co rusz orzeszkami ziemnymi.

A deser? Pomyślcie sobie o serniku z dodatkiem białych trufli (14 PLN) i zastanówcie się, czy takie ciasto mogłoby nie być super? No nie mogłoby. Żałowałem, że wzięliśmy z Sonią tylko 1 kawałek na spółę.

Na Śródce więc wszystko w porządku. Jeśli rajska ekipa dalej będzie tak ogarniać, to Jan z Moniką mogą jeździć po Amerykach nie 300, a 600 dni. A nawet 900, jeśli tylko by tych Ameryk starczyło.

AKTUALIZACJA (12.02.2018)

Kolejna wizyta w Raju. Cel jeden: „burger boliwijski” zwany tutaj „trancapecho”. Na dobrą sprawę to nie burger, a kanapka, ale jej skład zaintrygował mnie na tyle, by przymknąć na to oko. 😛

Po pierwsze wołowina – mięso być musi i kropka. Po drugie sadzone jajo – uwielbiam je w sandwichach, więc już od tego momentu stałem w blokach startowych. Po trzecie masło orzechowe – czyli biegłem już ile sił do Raju. Po czwarte grillowane banany – przyspieszyłem jeszcze bardziej, co wydawało mi się wcześniej niewykonalne.

Do tego pikantna sałatka z pomidorów podlana limonką oraz… biały ryż. Kanapka z ryżem. Tego jeszcze nie grali!

Po spróbowaniu stwierdziłem, że to musi zostać w menu na stałe, bo z chęcią będę na to wracał. Peruburger (zdjęcie numer dwa) z frytkami jest spoko, pad thai burger też raz czy dwa sprawił mi uśmiech na mojej twarzy, jednak to tą kanapkę z rajskiego menu polecam najmocniej. Jadłem już mięsne sandwiche z masłem orzechowym i bananami, nigdy jednak w połączeniu z sadzonym jajem czy kwaśnymi sokami z limonki. Jest zaskakująco i jest pysznie.

Na deser był sernik. Bez sernika z Raju nie wychodzę, jakiego by danego dnia nie było w menu. Tym razem padło na sernik o Indochinach (zdjęcie numer trzy), czyli o wyraźnych nutach mleczka kokosowego. Jak zwykle smakował wspaniale.

Lokalizacja: Śródka 3, Poznań | fanpage

zakres cen: 30-50 PLN

Ocena Ogólna

Rewelacja

Wasza Ocena

Oceniacie tę knajpę na:
3.98/5 (209)
Ja oceniam na...