Wyszukiwarka

Redaktor naczelny z wizytą w "Polce" Magdy Gessler

redaktor naczelny najlepszego super bloga w sieci w towarzystwie swojego brata, którego ulubionym daniem jest soczewica = totalne przeciwieństwo wygrywającego z anoreksją

Po „Kuchennych rewolucjach” Magda Gessler to już w zasadzie celebrytka. W dodatku celebrytka, o której krążą pogłoski, że gotuje najlepiej spośród wszystkich ludzi i zwierząt, będących w zainteresowaniu takich prestiżowych magazynów kulturalnych jak „Fakt” czy „Super-Express”. Nie wiem, jak gotuje Jola Rutowicz, Piotr Kraśko, czy ta pani, która nie śpi, bo trzyma kredens, ale po wizycie w „Polce” strzelam w ciemno, że plotki dotyczące organizacyjno-kulinarnych umiejętności Gesslerowej nie były przesadzone.

Restauracja na placu Zamkowym, wystrój trochę przaśny, ale elegancki. Do tego miła obsługa. Powiedzmy, że z klasą (choć po lekturze książki i obejrzeniu ekranizacji „Obsługiwałem angielskiego króla” Hrabala oczekuje się więcej). I na koniec jadłospis (a właściwie menu, bo jadłospisy to są w stołówkach zakładowych, a nie restauracjach z założenia szykownych), na który mogłem co najwyżej popatrzeć, gdyż wyboru dań dokonali wcześniej nasi fani na fanpage’u – jeśli jeszcze go nie polubiliście, czym prędzej to zróbcie. Ale to tak nawiasem mówiąc.

Na przystawkę: żurek. Żur z jajem i wędzoną kiełbą. Oczekiwania miałem spore, nastawianie doskonałe, ale kiedy kelner przyniósł zupę w naparstku, wręcz naparsteczku, myślałem, że wyjdę z siebie, stanę obok, a następnie uderzę do kuchni, powiem szefowi, że tu, tu i tu jest, brudno, a obsługa pluje do zupy. Na całe szczęście opanowałem nerwy, na chwilę zapominając o wygrywaniu z anoreksją. Pierwsza łycha, potem druga, trzecia, połowy żurku nie ma już w naczynku, a ja przeżywam ekstazę większą niż św. Teresa u Giovanni Lorenzo Barniniego. Świetny zakwas, pierwszorzędna kiełba, jeszcze lepszy kabanos, plus odpowiednio wyważony bukiet przypraw, dały smak tak wyrazisty, że byłem gotów z miejsca pominąć resztę zamówienia i poprosić o jeszcze szesnaście naparstków, naparsteczków tej samej zupy. Pewnie bym się nie najadł, ale moje kubki smakowe oszalałaby ze szczęścia.

Chcąc jednak spełnić redakcyjny obowiązek, odstąpiłem od tego pomysłu. A właściwie dlatego, że na stół, potężne stolisko (stolszysko?), wjechała kaczka. Wprawdzie tylko udko, ale za to całkiem solidne, wg menu chrupiące, mało tego: lakierowane miodem. I ten miód szczerze powiedziawszy faktycznie służył chyba wyłącznie do *lakierowania*, bo posmaku nie było żadnego, a szkoda. Kaczka sama w sobie jednak smakowała. Autentycznie, chyba po raz pierwszy w życiu jadłem kaczkę, którą nie plułem. I pomijam już to, że na finał zrobiła się trochę sucha (a to minus, w żadnym wypadku na odwrót!). W tym momencie sytuacje ratowały jednak dodatki – jakieś buraki, kapusta i trójkątny tost z razowego chleba (megamega). No i to, że porcja była syta. Najadłem się (!), nawet nie wiedziałem, czy zjeść deser (!!).

Swoją drogą, z deserem był problem, niemalże tragiczny. W głosowaniu pierwsze miejsce ex aequo zajęły dwie potrawy – ja już nie miałem miejsca na oba (!!!), a poza tym sponsor kręcił nosem, czemu się nie dziwię, bo w końcu cenom w „Polce” daleko do trójki za klasycznego cheesa w McDonaldzie. Ale nie porównujmy. Zdecydowałem się na szarlotkę, odrzucając tym samym creme brulee. I to był dobry wybór.

Nauczony doświadczeniem spodziewałem się naparstka. A tu psikus, ciacho może nie gigantyczne, ale znowu nie takie małe. Najważniejsze, że było ono całkiem smaczne. Wprawdzie nie tak znakomite jak dorzucona do zestawu gałka lodów waniliowych, ale mimo wszystko: dobre. Klasyczne połączenie ciepłej (gorącej?) szarlotki i zimnych lodów wypadło (jak to klasyczne połączenia) wybornie. Zwłaszcza, że dorzucono do tego bitą śmietanę. I to nie jakąś tam bitą śmietanę w sprayu, a prawdziwą, najprawdziwszą bitą śmietanę. Mniam, mniam.

Najadłem się. Wszyscy wkoło mówili mi, że może i będzie smacznie, ale od Gesslerowej wyjdę z poczuciem niedosytu i chętką na spałaszowanie Big Maca w najbliższym McDonaldzie. Tak jednak nie było. Po wizycie w „Polce” byłem syty, w dodatku jeszcze przez wiele godzin wspominałem feerię smaków. Ale że to restauracja zupełnie nie na moją kieszeń, ani na kieszeń jakichś 97% odwiedzających najlepszego super bloga w sieci, pewnie nieprędko tam wrócę. A chciałbym.

Smakowitość: żurek – 10, kaczka – 8, szarlotka z lodami – 9
Współczynnik ‚zwycięstwa z anoreksją’: (33,33 + 33,33)%