Wyszukiwarka

Czym mnie zaskoczył Wrocław?

Screenshot_2016-06-01-12-51-39-01

Co mi się najbardziej spodobało i co najmocniej zwróciło moją uwagę? Czytajcie dalej!

Ostatni weekend spędziliśmy z Sonią we Wrocławiu. Taki na w pół spontaniczny wyjazd do miasta, które leży relatywnie blisko Poznania, a które zawsze wydawało mi się dobrym miejscem dwudniową wycieczkę.

Poza tym, czytając blog Wrocławskie Podróże Kulinarne, nie mogłem nie zauważyć, że w sercu Dolnego Śląska jest mnóstwo dobrego jedzenia, które aż się prosi o sprawdzenie. Dwa dobre powody są zawsze lepsze niż jeden.

IMG_2892-01

Od powrotu minęło parę dni, więc zdążyłem trochę odetchnąć i pomyśleć o tym, co zobaczyłem i zjadłem z większym dystansem. Poniżej 10 wniosków po wizycie we Wrocławiu – zarówno tych dotyczących jedzenia, jak i samego miasta.

1. Tu wszędzie jest blisko!

Wysiedliśmy na dworcu i do hotelu doszliśmy w tempie spacerowym w 10 minut. Jeden kwadrans zajęło nam dotarcie do rynku, dwa na Ostrów Tumski. Wszystko, co chcieliśmy zobaczyć, znajdowało się nieopodal naszego noclegu. Łącznie z knajpami, których odwiedzenie stało wysoko na liście moich priorytetów. Co więcej, trasę z punktu A do punktu B zawsze pokonywaliśmy otaczając się ładnymi widokami i budynkami, które robiły dobre wrażenie.

IMG_2894-01

Jakby się tak jednak głębiej zastanowić i porównać Wrocław do Poznania, to chyba różnica ta nie jest aż tak kolosalna – w końcu Śródka czy Jeżyce leżą blisko ścisłego centrum i również mają sporo do zaoferowania. Jeśli jednak chodzi o stolicę Dolnego Śląsk, odniosłem (być może złudne, turystyczne) wrażenie, że wszystko jest tak jakby lepiej upakowane.

2. Poza zoo, do którego naprawdę warto podjechać ciut dalej.

Jedyny punkt programu weekendu we Wrocławiu, który był oddalony od centrum. Ze Sky Tower jechaliśmy do niego jakieś 25 minut. Mimo upałów panujących wewnątrz w tramwaju było warto. Zoo jest fenomenalne! Dużo zwierząt, większość na wyciągnięcie ręki na bliskich wybiegach, dzięki czemu nie trzeba patrzeć na nie przez lornetkę. Tego nie lubię w poznańskim Nowym Zoo, które jest bardzo duże i czasem trzeba być mega spostrzegawczym, by cokolwiek dostrzec. Z drugiej strony to, co jest dobre za odwiedzających, jest gorsze dla zamkniętych zwierząt, którym powinno się zapewnić dużą przestrzeń – nie ma tu złotego środka.

Co jeszcze? Fantastyczne Afrykarium – pawilon ze zwierzętami z Czarnego Lądu (głównie ryby, ale są też ogromne żółwie, hipopotamy, czy pływające ssaki) przygotowany z rozmachem i w nowoczesny sposób. Niektóre zwierzęta widziałem po raz pierwszy w życiu, mimo że trochę już ogrodów zoologicznych w różnych krajach zwiedziłem. Czułem się tutaj trochę jak dziecko poznające świat. Sonia też była zachwycona. Koniecznie odwiedźcie!

IMG_2898-01

Piękno wrocławskiego zoo próbowałem uchwycić w swoim vlogu z Wrocławia, który możecie zobaczyć na dole wpisu lub klikając w ten link.

3. Możliwość płatności kartą w biletomatach w komunikacji publicznej.

Jak wcześniej wspomniałem, miałem okazję jechać wrocławskim tramwajem. Teraz dwukrotnie, ale przy wcześniejszych wizytach w tym mieście też mi się to zdarzyło.

I wiecie co jest piękne? Że chyba w każdym tramwaju w tym mieście jest biletomat. Czyli po pierwsze nie musicie głupio tracić czasu na szukanie miejsca, w którym będziecie mogli opłacić przejazd. Po drugie, w każdym biletomacie bez problemu zapłacicie kartą. Raczej nie noszę przy sobie większej ilości gotówki, a drobne wolę przeznaczyć na tipy w knajpach, więc takie rozwiązanie jest dla mnie fantastyczne. Chcę takie biletomaty w Poznaniu!

4. Lody o smaku prosseco, które rzeczywiście dają w palnik.

W tych wszystkich lodziarniach naturalno-tradycyjno-prawdziwych zdarzało mi się trafić na lody o smaku jakiegoś alkoholu, choćby te o smaku piwa Guinness w Wytwórni Lodów Tradycyjnych w Poznaniu (od dwóch lat czekam na ich powrót, były fenomenalne). Nigdy dotąd nie spotkałem jednak takich, które rzeczywiście zawierają alkohol i jedząc odpowiednią liczbę porcji, można się nimi wstawić.

IMG_20160529_160350

W Lizingu mają lody o smaku prosseco. Mówiąc ściślej: sorbet, do którego produkcji używa się prawdziwego prosseco. I to w dużych ilościach. Zaprowadził mnie tutaj Dawid Tymiński, autor bloga Secondhand Dandy, który jest stałym bywalcem tej lodziarni. Bardzo mu za to dziękuję – zaczynam się zastanawiać, czy nie wybrać się do Wrocławia ponownie tylko po to, by nagrać video, w którym sprawdzam po ilu porcjach tych lodów będę mieć bombę.

PS Inne smaki też bardzo w porządku. Potrafią tu robić lody. Przy pierwszej wizycie koniecznie spróbujcie jednak prosseco, które jest tutaj dzień w dzień!

5. Bar ze smacznymi krewetkami, mimo że do morza przecież daleko.

Zagadką pozostanie dla mnie to, w jaki sposób udało się we Wrocławiu otworzyć Shrimp House – bar, w którym dostaniecie świeże, dobrze i ciekawie przyrządzone krewetki. Lubię jednak tajemnice kryjące się za świetnym smakiem w przyzwoitej cenie i wcale nie mam zamiaru ich za wszelką cenę rozwikływać.

IMG_20160528_205235

Fajne w Shrimp House jest to, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. No, jeśli nie przepadasz za krewetkami, to może być kiepsko, ale ujmuje mnie różnorodność sposobów podania. Są klasyczne z czosnkiem i ziołami, są na ostro w sosie buffalo, są w tempurze, w sandwichu, zupie pho lub curry. Brakuje tylko takich owiniętych bekonem!

Obiecuję o Shrimp House powiedzieć więcej w recenzji. Będzie na dniach, więc szykujcie żołądki!

6. Sushi w rolkach, które można wziąć w łapę i jeść jak tortillę.

Na pewno nie we Wrocławiu pierwsi na to wpadli, ale sam spotkałem się z sushi w rolkach dopiero tutaj. I jest to świetny wynalazek! Jedna, niepokrojona rolka rozmiarami przypomina bowiem malutką tortillę, którą obiadowo się nie najesz, ale w ramach przekąski, drugiego śniadania lub posiłku między obiadem a kolacją możesz już wciągnąć z uśmiechem na ustach. A jak potrzebujesz więcej pokarmu, to po prostu zamówisz więcej. Ot, filozofia.

IMG_20160528_150237

Co najlepsze, to nie jest miejsce dla sushi-ortodoksów. Okej, oni też tutaj znajdą coś dla siebie, jednak podoba mi się to, że ryżową rolkę zawiniętą w nori można tu kupić nie tylko z suszoną rybą. Jest kurczak teriyaki, są jakieś wędzonki i inne „farsze”, które do takiej przekąski mogą zachęcić osoby negatywnie nastawione do sushi („No jak to, mam jeść surową rybę? Jeszcze mi rozumu nie odebrało!”).

W gruncie rzeczy Sushirolce bliżej niż do tradycyjnego sushi jest do onigiri, ryżowych kanapek, które podbiły Poznań i powoli ruszają na Warszawę. Tyle że sushi w rolce ma jedną przewagę nad nimi: mniej w nim ryżu, a więcej treści. Czekam na coś takiego u siebie w mieście!

7. Pizza neapolitańska, po którą trzeba stać w kolejce.

O Piecu Na Szewskiej krążą legendy: te pozytywne mówiące o tym, że pizza to absolutna polska czołówka i te negatywne związane z nie do końca dobrym podejściem do klienta, zwłaszcza w social mediach. O ile tą drugą sprawą nie do końca się interesowałem, o tyle tę pierwszą potwierdzam: pizza smakuje rewelacyjnie. A próbowałem przekornie margherity.

IMG_20160529_224132

Pozwólcie jednak, że na tym na razie zakończę. Więcej opowiem w recenzji, która już – tak, tak – niebawem. Na razie dodam jedynie, że na swój placek trzeba chwilę poczekać w kolejce, ale po stokroć warto poświęcić chwilę swojego czasu. No chyba że będziecie sprytniejsi i po prostu zarezerwujecie stolik.

8. Śniadania takie, jak sobie zażyczymy: z lokalnej świnki lub „międzynarodowe”.

Robiąc research knajp przed wyjazdem do Wrocławia, doszedłem do wniosku, że chyba kiepsko będzie ze śniadaniami – w takim sensie, że na pewno gdzieś zjem smacznie, ale nie będzie tego „wow”, którego tak mocno zamierzałem przy tym wyjeździe szukać. No i nie uwierzycie, było to „wow”, w dodatku dwukrotnie.

W sobotę trafiliśmy do Szynkarni – miejsca, które chwali się szerokim wyborem piw rzemieślniczych i jedzeniem przygotowanym z lokalnych składników. Prawdę mówiąc, nigdy nie byłem osobą, którą podniecałoby to, że ta parówka zrobiona jest z takiej i takiej świni z tego i tego miejsca. Ma być smacznie i tyle, a to, czy krówka z kurką były szczęśliwe, ma dla mnie drugorzędne znaczenie.

IMG_20160601_101149

Wizyta w Szynkarni spowoduje chyba u mnie zmianę myślenia. Kiełbaski i jajka, które widzicie na powyższym zdjęciu, rzeczywiście smakowały całkiem inaczej. Ba, w dodatku, o wiele lepiej od tych sklepowych! To naprawdę kolosalna różnica i chyba zacznę z większym zainteresowanie spoglądać na ten cały #localslowfood.

Z kolei w niedzielę miejsce całkiem inne: galeria w Sky Tower – najwyższym budynku w Polsce – i knajpka Di Cafe Deli. Warto zrobić rezerwację dzień wcześniej, my tego nie zrobiliśmy i ledwo co znaleźliśmy dwa miejsca przy wspólnym stole. Warto też uzbroić się w cierpliwość, bo przy niedzielnym ruchu czas oczekiwania na śniadanie jest dość duży. Gofry z jajkiem, bekonem i syropem klonowym wszystko to jednak wynagradzają.

IMG_20160529_112246

9. Zainteresowanie punktem widokowym w Sky Tower

Zaskoczyło nas to, że aż tyle osób chce zobaczyć, jak wygląda Wrocław z najwyższego budynku w Polsce. Chętnych było tylu, że nam nie udało się kupić biletu na wjazd na punkt widokowy w godzinie, która by nam odpowiadała. Teraz, kiedy o tym myślę, wcale nie wydaje mi się to dziwne. To przecież najwyższy budynek w Polsce! Pałac Kultury może się chować.

10. Jest gdzie wypić dobre piwo i zjeść do tego smaczną przekąskę.

Do tej samej Szynkarni, w której jedliśmy śniadanie w sobotę i o której pisałem przed chwilą, wróciliśmy jeszcze tego samego dnia, tyle że wieczorem. I naszła nas refleksja, że fajnie mają w tym Wrocławiu, że jest gdzie wypić dobre piwo (dobre = rzemieślnicze) i zjeść smaczną przekąskę jednocześnie. W Poznaniu tego nie ma. Jest Ministerstwo Browaru na Wronieckiej ze swoimi burgerami, ale jednak trudno nazwać je przekąską. To kawał burgera, a czasem chce się przyjąć jednak coś mniejszego.

Screenshot_2016-05-28-23-36-22-01

***

Nie chcę zabrzmieć pretensjonalnie mówiąc, że Wrocław mnie oczarował, ale chyba w istocie tak było. Piękne centrum, rewelacyjne zoo i pyszne jedzenie. Na pewno tu wrócę, choć nie wiem, kiedy uda mi się przyjechać do Wrocławia znowu na weekend. Powoli jednak myślę o jakimś jednodniowym tripie – w końcu z Poznania jest rzeczywiście rzut beretem.

Póki co przygotowuję się jednak do wyjazdu do Szczecina, do którego wybieram się już w przyszłym tygodniu. Zobaczymy, jakie wnioski wyciągnę z tej podróży. Ciekawe, czy będą równie pozytywne jak z Wrocławia?

ZOBACZ MOJEGO VLOGA Z WROCŁAWIA I SUBSKRYBUJ KANAŁ NA YOUTUBIE

GDZIE MAM ZJEŚĆ W CZERWCU?

…czyli ankieta, w której decydujecie, gdzie powinienem udać się „na testy”. Głosowanie trwa do niedzieli, 5 czerwca, do godz. 23.59. Można wybrać maksymalnie 3 lokale. Do dzieła!

GDZIE MAM ZJEŚĆ W CZERWCU 2016?

  • Głupi Kot (17%, 202 Votes)
  • Karaib'ska (14%, 164 Votes)
  • Tequilarnia (13%, 157 Votes)
  • Hyćka (11%, 125 Votes)
  • Wspólny Stół (11%, 124 Votes)
  • Eatalia (8%, 93 Votes)
  • Bunga Dog (7%, 85 Votes)
  • Eyes Cream (7%, 77 Votes)
  • Porta Fortuna (6%, 75 Votes)
  • Los Hamburgeros (6%, 72 Votes)

Total Voters: 781

Loading ... Loading ...

Bądź na bieżąco i obserwuj mnie na Twitterze.
[/icon-box]

[icon-box icon=photo width=1/2]
Najapetyczniejsze zdjęcia? Sprawdź na Instagramie.
[/icon-box]

[icon-box icon=user width=1/2]
Nie wiesz, gdzie zjeść we Wrocławiu? Zapytaj w grupie na Facebooku.
[/icon-box]

[icon-box icon=star-full]
Jestem na Snapchacie! Dodaj mnie do znajomych. Nick: wza_bekon.
[/icon-box]