Wyszukiwarka

Co można zjeść na Morawach?

DSC01984Rednacz w telegraficznym (powiedzmy…) skrócie o tym, co jadł w ciągu pięciu dni pobytu w Brnie i okolicach.

Pierwszego dnia poszedłem do Restauracji Špalíček na Zelny trh 331/13. Lokal przygotowany pod turystów, wśród klientów obcokrajowcy (nie tylko ja, także młoda para Niemców). Obsługa sprawna, sympatyczna i znająca się na rzeczy.

DSC01781Na dobry początek zamówiłem zupę czosnkową z grzankami. Lubię czosnek, nie miałem w planach z nikim tego dnia się całować, a w Polsce o podobny wywar trudno. Moje oczekiwania zostały spełnione – zupa rzadka, smak czosnku intensywny, a w to wszystko włożony trochę ciągnący się, a trochę „rozciapciany” ser. Pływające w zupie grzanki na przegryzkę chrupały jak należy.

DSC01787Na drugie danie wybrałem królika duszonego w ciemnym piwie. Przed tegoroczną wizytą w Czechach postanowiłem, że będę jeść nieznane i najciekawsze – skosztowanie królika, a więc mięsa, którego nigdy nie jadłem, było śmiałym potwierdzeniem tego założenia. Dodatkowe ciemne piwo – uwielbiam ciemne piwo (do tego stopnia, że obok na stole stało lokalne Starobrno – smakowało fantastycznie).

Królika określiłem jako coś „między wieprzowiną a drobiem”. Mięso miejscami twardawe, o charakterystycznym smaku. Oblane przepysznym, lekko słodkawym sosem z ciemnego piwa. Szkoda, że nie przynieśli mi go w garnku – wyjadłbym go chochlą! Po wyczyszczeniu talerza z sosu przy pomocy knedlika stwierdziłem, że nie dość, że jeszcze bardziej polubiłem ciemne piwo, to jeszcze przekonałem się do królików.

Następnego dnia – również w Brnie – trafiłem do Pod Radničním Kolem na Mečovej 5. Restauracja w piwnicy, połączona z winiarnią. Wystrój w fajnym klimacie, obsługa trochę opieszała, ale ostatecznie spisała się nieźle.

DSC01988Na przystawkę – tatar. Trochę inny niż w Polsce, bo prócz ogórka i cebulki dodatkiem do surowego mięsa mielonego i jajka były kapary, które trochę zmieniały smak całości. Swoją drogą, w Polsce przyjęło się, że tatara podaje się niewymieszanego, żeby „klient miał zabawę”. Nie wiem, jak jest w Czechach, może u nich jada się inaczej, ale mój jest ewidentnie wymieszany. Ale też smaczny, więc nie marudzę.

DSC01992Z drugim daniem miałem problem, bo w karcie królowały steki i czeskie potrawy, które jadłem już wielokrotnie. Zdecydowałem się na „panenkę” nadziewaną kabanosem. Nie do końca wiedziałem, czym ta cała „panenka” jest – okazała się pieczenią. I była to pieczeń idealna! Nie za miękka, nie za twarda. W dodatku wzmocniona czymś najlepszym, czyli kabanosem. A do tego był jeszcze mocny, mięsny sos, w którym… pływał kabanos. Czułem się jak w raju.

DSC02169Kolejnego dnia nie jadłem typowego obiadu (chwila grozy). Zwiedzałem jaskinie Punkevní, a w jej okolicach były jedynie typowe dla czeskiego rynku gastronomicznego fast foody. Smażony ser w bułce, hamburgery, „párek w rohlíku” (hot dog), „palačinky” (naleśniki), zupa gulaszowa i tym podobne. Skusiłem się jednak na langoša, czyli street food sprowadzony do Czech bodajże z Węgier (i tu go może sprofanowali). Jest to nic innego jak placek drożdżowy usmażony na głębokim oleju, natarty czosnkiem, posypany serem i oblany keczupem. Smaczne, pożywne i mocno czosnkowe – jeszcze przez parę godzin odbijało mi się trutką na wampiry.

Kolejna „stacją żywieniową” było Flavours – indyjska restauracja z Brna. Ją opisałem jednak w innym poście.

DSC02530Ostatniego dnia mojego pobytu na Morawach pojechałem do urokliwego Ołomuńca. Tam zatrzymałem się Restauracji Morawskiej na głównym placu w mieście. Obsługa równie profesjonalna i sympatyczna co pierwszego dnia w Špalíčku.

DSC02528Zamówiłem „guláš pro bojovníka”.  No bo kto, jak nie ja, jest wojownikiem? No kto? Na talerzu znalazło się to, czego się spodziewałem. A nawet więcej. Bo prócz pysznej wołowiny w mega smacznym paprykowym sosie była jeszcze kiełbasa. Ale nie jakaś tam „śląska” z Tesco za 2 zł, tylko prawdziwa kiełbasa, w której najwięcej jest mięsa, a nie mieszaniny wody, wodorostów i tektury.  Jedyne, co mogę zarzucić gulaszowi to brak ostrości. Skoro był „pro bojovníka”, to powinien być choć trochę pikantny (wprawdzie była nadziana na wykałaczkę ostra papryczka, ale to nie to samo). Inna sprawa, że tego dnia nie miałem ochoty na ostre, więc czerpałem radość z tego, że sos jest, jaki jest. Czyli smakowity.

Na Morawach można zjeść, to pewne. Nie bójcie się poznawać lokalnej kuchni – bądźcie otwarci na nowe smaki! Ryzykujcie, a potem cieszcie się jedzeniem.

Smakowitość:
* Restaurace Špalíček
– zupa czosnkowa – 8/10
– królik duszony w piwie – 9/10
* Pod Radničním Kolem
– tatar – 7/10
– „panenka” nadziewana kabanosem – 9/10
* Jaskinia Punkevní
– langos – 8/10
* Restauracja Moravska
– „guláš pro bojovníka” – 8,5/10