Wyszukiwarka

Makarony w Rzymie, czyli nie wszystko złoto, co się świeci

DSC03867 (Kopiowanie)Pasta. Pewnie niejeden Włoch zabiłby za nią. Po tym, co jadłem w Rzymie, trudno mi w to uwierzyć.

Uprzedzając pytania: pewnie źle trafiłem. Albo źle wybrałem. W Rzymie trudno jest trafić dobrze, wybrać w sumie też.

Jednego dnia będąc gdzieś pomiędzy Schodami Hiszpańskimi i a Fontanną di Trevi zostaję zaskoczony – po raz kolejny tego dnia – ulewą. A że jest na tyle duża, że trzeba połączyć przyjemne z pożytecznym, to chowam się w restauracji La Botte Antica.

Zamawiam papperdele w sosie pomidorowym z boczkiem i pepperoncino. Brzmi pysznie, prawda?

DSC03866 (Kopiowanie)Do samego makaronu, jak i króla mięs wszelakich (tak, mówię o boczku), nie mam zastrzeżeń. Ale sos pomidorowy mnie rozczarowuje – smakuje tak, jak ten od gołąbków, tyle że posypany parmezanem. Spodziewałem się pomidorowej esencji, a nie czegoś zabielonego śmietaną.

Jeszcze gorzej wyglądała sprawa z pepperoncino, o którym… chyba zapomniano. Miało być un poco piccante, nie było ostro w żadnym wypadku.

Smacznie, ale bez tego „czegoś”. Dobrze, że knajpa nadrabia klimatem. Właściciel głośno gawędzi z innymi Włochami, jest strasznym narcyzem. Inna sprawa, że przy wyjściu chwaląc się zdjęciem z Francesco Tottim, zwyzywał mojego przewodnika, balizza, od „milanisty” i „kibica Juventusu”, dodając że „gówno się zna na piłce”. Pomogło przyznanie się do bycia Polakiem. „Lełandowski, Tomaszewski, Cibi Boniek”.

DSC03870 (Kopiowanie)Następnego dnia w okolicach Piazza Venezia zachodzimy do L’Arcano (restauracja jest na ulicy o nazwie uwaga uwaga… via delle Pasta) zamawiam canneloni. Lubię zapiekane makarony, więc zacieram rączki. I co się okazuje?

Że to najgorsze canneloni, jakie jadłem w życiu. Już rozmiar porcji zakrawa na skandal. Płacę 8 euro, a dostaję podwieczorek. Nieładnie.

DSC03959 (Kopiowanie) DSC03958 (Kopiowanie)Makaron jakby stary, sos pomidorowy słaby, jakby przygotowywał do Polak z koncentratu. No i mięso, którym canneloni jest nadziewane, to nawet nie mielonka – to półpłynna szara papka. To jakiś ponury żart?

Dobrze, że chociaż bruschetta dawała radę. Wyglądała tak:

DSC03953 (Kopiowanie) DSC03955 (Kopiowanie)

Ojczyzna pasty pod względem makaronu mnie zawiodła. Nie mówię, że wszędzie jest źle. Po prostu nie wszystko złoto, co się świeci. A ja nie miałem szczęścia.

[balizz]

Rzym pod względem jedzonka wygląda jak każde inne większe europejskie miasto. Wiadomo, są rejony lepsze i gorsze. Rejonem, w którym oprócz ewentualnej utraty uzębienia i portfela w gratisie dorzucają salmonellę i niestrawności jest zdecydowanie okolica stacji kolejowej Termini. Wszystkiego w kwadracie via de Nicola Enrico (Północ), Via Torino/Via Farini/Via Napoleone III (Zachód), via dei Mille (Wschód) i samej stacji jako południowej granicy, unikał bym jak ognia. Przoduje tam imigrancka kuchnia startując od mało egzotycznych kebabów przez żarcie chińskie, indyjskie, kończąc na etiopskiej. Wszystkie knajpy mają niski standard jakości, w dupie BHP i ogólną higienę.

Podobnie ma się z okolicami Watykanu, różnej maści knajpami wzdłuż via Cipro i szczególnie na przeciwległym brzegu Tybru – w rejonie Ponte. Tamteż w restauracji Cassandra (via di Panico 42 – serdecznie nie polecam, na widok jedzenia tam podawanego można spokojnie doznać ataku PANIKi badum-tssss) dokonano okrutnej zbrodni na pizzy – TU [18+] można się przekonać. To rzekomo była Capricciosa.

Druga strona medalu to niedalekie Trastevere. Jadałem tam wielokrotnie w różnych restauracjach i nigdy nie przydarzyło mi się nic złego (najgorsze to chyba wspomniane w „tym innym wpisie” bąble wielkości Etny z ciasta w pizzy).

Cała reszta to rosyjska ruletka, nigdy nie wiadomo na co się trafi. Raz to może być kelner parkujący samochód klientki na środku ruchliwej drogi i pomagający wyciągnąć dziecko tejże z samochodu (żeby cały proces przyśpieszyć). Oczywiście wśród kakofonii klaksonów (wydarzyło się w Neapolu, ale spokojnie można kopiować na rzymskie podwórko). Z drugiej strony możecie zostać solidnie zwyzywani, gdy niedocenicie zdjęcia właściciela z pewnym popularnym, acz pozbawionym sukcesów zawodnikiem gorszego rzymskiego zespołu (LA COPPA IN FACCIA CAZZO).

Protip – jeśli w restauracji będzie dużo ludzi i do tego będą mówić po włosku, to raczej można ryzykować i zostać na chwilę! Ot, taka dygresja.