Wyszukiwarka

10 książek i 10 rozgrzewających napojów na długie zimowe wieczory

KSIAZKI3

Lubię czytać i myśleć, że czytanie jest sexy. Namawiam do czytania w długie zimowe wieczory. A przy okazji mam dla Was 10 napojów, dzięki którym nie zmarzniecie.

Wybrałem książki, które czytałem w przeciągu ostatniego roku (lub co najwyżej dwóch lat) i które mnie zachwyciły. Przez ten czas pochłonąłem znacznie więcej literatury, ale chciałem, by w tym zestawieniu znalazły się rzeczy NAPRAWDĘ godne polecenia. Są to zarówno książki znane i popularne (przez co dla niektórych ich wskazanie może być dość banalne), jak i te szerzej nieznane (co dla wielu może być z jakiegoś powodu utrapieniem). Mój wybór jest więc czysto samolubny, ale przy okazji wiem, że nie wpuszczam Was w maliny i proponuję coś, co poleciłbym rodzinie czy przyjaciołom.

Jednocześnie chcę zaznaczyć, że dobór napojów rozgrzewających do książek (tak, to było w tę stronę, nie na odwrót) również był czysto subiektywny. To jest tylko moje widzimisię, które staram się jednak argumentować. Nie szukałem napojów, które pojawiały się w podanych niżej książkach, ani nie tworzyłem nowych, inspirowanych daną powieścią (od tego jest Maria Banach z bloga Gruszka z fartuszka: zobaczcie, jej rewelacyjne drinki z „Gry o tron” lub burgery z „Avengersów”). Są to zarazem napoje, których próbowałem i które w większości pijam na co dzień (pomijając upalne lato). Można powiedzieć, że wszystko testowałem na sobie i mogę Was zapewnić, że jest smaczne i się nie otrujecie.

To tyle technicznych wyjaśnień. Mam nadzieję, że lista Wam się spodoba i zachęcę Was do przeczytania chociaż jednej książki. No i że przy okazji mocno się rozgrzejecie.

1. „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”, S. Larsson

Wciągająca szwedzka powieść kryminalna, interesująca nie tylko ze względu na zawiłą intrygę, którą próbują rozwiązać główni bohaterowie, ale też z uwagi właśnie na te bardzo ciekawe postacie (zwłaszcza totalnie „inna” Lisbeth Salander), czy nacisk na ważne problemy społeczne, z którymi borykał się ten skandynawski kraj na początku XXI wieku. Czytałem z wypiekami na twarzy, a przez to, że robiłem to zazwyczaj w tramwajach, parokrotnie zdarzyło mi się, że prawie zapomniałem wysiąść na odpowiednim przystanku. Książka ma swój dalszy ciąg w dwóch kolejnych powieściach z serii (niektórzy powiedzą, że trzech), ale jeszcze nie miałem okazji się z nimi zaznajomić, co jednak zamierzam prędko zmienić. Z ciekawostek: autor trylogii zmarł na zawał serca, zanim okazała się ona światowym bestsellerem, a jeden z lepszych żyjących obecnie reżyserów, David Fincher,  nakręcił ekranizację „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”. „Dziewczyna z tatuażem” – bo pod takim tytułem ukazał się ów obraz w Polsce – z Danielem Craigiem i Rooney Marą w rolach głównych moim zdaniem odstaje poziomem od książki. Choć to dalej świetny film.

Do tego dobrałem glögg. Dlaczego?

Bo to szwedzka wersja grzanego wina, pełna aromatów pomarańczy, goździków, czy cynamonu, podawana z migdałami i rodzynkami. Wprawdzie w „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” nikt nie raczy się tym trunkiem, ale trudno poczuć się bardziej szwedzko niż w czasie czytania Larssona na sofie z Ikei i popijania przy tym glöggu. Poniżej możecie rozwinąć przepis na tę wersję grzanego wina.

Potrzebujemy:

* wino czerwone półwytrawne
* 2 szklanki soku pomarańczowego
* 10 goździków
* 2 laski cynamonu
* skórka z połowy pomarańczy (pokrojona)
* 3 łyżki miodu
* pół szklanki wódki
* kawałek świeżego imbiru (pokrojony)
* migdały i rodzynki

Sposób przygotowania:

Wlewamy do garnka sok z pomarańczy. Do tego samego garnka wrzucamy goździki, cynamon, imbir i skórkę z pomarańczy. Gotujemy ten wywar przez ok. pół godziny.

Następnie przelewamy przez sitko zawartość garnka do drugiego, większego, do którego potem wlewamy wino i wódkę. Dodajemy jeszcze miód i gotujemy na średnim ogniu, dopóki powstały wywar nie zrobi się gorący.

Ważne: zawartość garnka nie może zacząć wrzeć.

Do naczynia, z którego będziemy pić glögg, wsypujemy migdały i rodzynki (wg uznania, można je później wyjeść łyżeczką). Następnie wlewamy grzane wino. Gotowe!

IMG_20151117_205405

2. „Cień wiatru”, C. R. Zafon

Jeśli miałbym podsumować tegoroczne wakacje, to upłynęły mi one właśnie pod znakiem „Cienia wiatru” i dwóch kontynuacji. Rzecz się dzieje w pierwszej połowie XX w. w targanej to wojną domową, to rządami generała Franco Barcelonie i traktuje o rodzinie prowadzącej księgarnie. Nuda? Niezupełnie. Cała trylogia skrywa mnóstwo zagadek, często z pogranicza kryminalnego, romanse, którym daleko do harlekinowych westchnień, a także jedno z najpopularniejszych turystycznych miast na świecie, w jednym ze swych najbardziej ponurych (przez to tak interesującym!) okresów. A jeśli element historyczny nie ma dla Was znaczenia, to niech wystarczy to, że „Cień wiatru” to świetnie napisana, wciągająca historia, o której myśli się także w chwilach pracy czy innych obowiązków, bo chce się wiedzieć, „co tam dalej się wydarzy”. Jeśli pierwsza część trylogii przypadnie Wam do gustu, polecam zabrać się za jej kontynuacje.

Do tego dobrałem gorącą czekoladę. Dlaczego?

Bo o niczym innym nie marzę, jak o wizycie w księgarni „Sempere i Synowie”, w której racząc się gorącą, bardzo gęstą czekoladą (najlepiej z domieszką chili!), przebieram w tym, co znajduje się na półkach, próbując odnaleźć książkę, która zmieni moje życie. Wiem, wiem, po to ostatnie powinienem udać się na Cmentarz Zapomnianych Książek.

PS W tym przypadku bez przepisu. Jakakolwiek obróbka termiczna czekolady w moim wykonaniu kończyła się tragicznie. Tę czekoladę piłem w kawiarni Sweet Surrender w Poznaniu – była niezła, ale mogłaby być ciut gęstsza.

IMG_20151118_192338

3. „Obsługiwałem angielskiego króla”, B. Hrabal

Jedna z moich ulubionych książek, którą przeczytałem przynajmniej dwa razy, a musicie wiedzieć, że raczej stronię od przyswajania fabuł – czy to na papierze, czy to na ekranie – po raz kolejny. Akcja „Obsługiwałem angielskiego króla” rozgrywa się w przedwojennych, powojennych, a także ogarniętych niemiecką okupacją Czechach. Autor powieści jest Czechem, tak jak i bohater, który wdrapując się po szczeblach kariery w gastronomii, wplątuje się trochę mimochodem w różne intrygi i zdarzenia o wadze historycznej. Dużo tu typowo czeskiego humoru, hrabalowej narracji, do której początkowo trzeba się przyzwyczaić i nade wszystko stereotypowej czeskiej postawy dziejowej, która zamyka się w zdaniu „nic nie słyszałem i nic nie widziałem, a zarazem wszystko słyszałem i wszystko widziałem”. Na podstawie książki powstał film w reżyserii jednej z ikon czeskiej kinematografii, Jiriego Menzla. W mojej opinii jest on gorszy od oryginału, ale na pewno przystępniejszy w odbiorze (sposób budowania narracji przez Hrabala może być dla niektórych męczący) i pełen wielu smacznych potraw, wszak bohater „Obsługiwałem angielskiego króla” pracuje w najlepszych restauracjach. Ba, obsługiwał… abisyńskiego cesarza!

Do tego dobrałem grzane piwo. Dlaczego?

Bo nie ma bardziej czeskiego napoju niż piwo, dobrze o tym wiecie. Zresztą, bohater „Obsługiwałem angielskiego króla” niejedno piwo wypił. A jeszcze więcej zaniósł do stolika klientom restauracji, w których pracował. Poniżej możecie rozwinąć przepis na grzane piwo.

Potrzebujemy:

* pół litra jasnego piwa, najlepiej czeskiego
* ćwiartkę pomarańczy
* 3 łyżki miodu
* laskę cynamonu
* 5 goździków
* kilka plasterków świeżego imbiru (obranego)
* ćwiartka pomarańczy

Sposób przygotowania:

Wlewamy do garnka piwo. Wyciskamy do niego sok z ćwiartki pomarańczy, a następnie wyciśniętą ćwiartkę wrzucamy do garnka. Dodajemy cynamon, goździki, imbir i miód.

Podgrzewamy zawartość garnka na wolnym ogniu, aż powstały wywar stanie się gorący. Gotowe!

Ważne: piwo nie może zacząć wrzeć! Pilnujmy tego.

IMG_20151118_205242

4. „Człowiek z wysokiego zamku”, P. K. Dick

Załóżmy, że drugą wojnę światową wygrywają Niemcy do spóły z Japonią – dwa kraje, które dzielą między sobą Stany Zjednoczone i dwa kraje, które po podbiciu świata przez faszyzm, naturalnie zaczynają ze sobą rywalizować, mimo pozornego sojuszu. Nie wymyśliłem tego naprędce, to realia „Człowieka z wysokiego zamku”. Już sam fikcyjny świat powieści wydaje się być bardzo interesujący, a do tego dochodzi jeszcze przecież trzymająca w napięciu fabuła z pogranicza political- i science-fiction. W dodatku, jak to u tego autora bywa, zagmatwane jest postrzeganie rzeczywistości – nie wiemy, czy świat przedstawiony w książce jest światem faktycznym dla jej bohaterów, czy żyją oni tylko w jakiejś iluzji. W „Człowieku z wysokiego zamku” nie jest to może tak istotne, jak w innych książkach Phillipa K. Dicka – tu liczy się jednak przede wszystkim rzeczywistość zdominowana przez III Rzeszę i Cesarstwo Japonii – ale jeśli zainteresował Was ten wątek, to polecam inne książki autora, zwłaszcza „Ubika”, „Trzy stygmaty Palmera Eldritcha”, „Wbrew wskazówkom zegara” i „Czy androidy marzą o mechanicznych owcach?”. Nawiasem mówiąc, na podstawie tego ostatniego nakręcono znakomitego „Łowcę androidów” z Harrisonem Fordem. A jeśli już przy ekranizacjach jesteśmy, to na dniach ma mieć swoją premierę serial oparty o „Człowieka z wysokiego zamku”. Widziałem pilot i już nie mogę się doczekać!

Do tego dobrałem napar z imbiru z miodem i cytryną. Dlaczego?

Bo to mój prywatny faworyt spośród wszystkich wymienionych rozgrzewających napojów, tak jak Phillip. K. Dick jest moim ulubionym autorem od przynajmniej kilkunastu miesięcy. Ostry smak imbiru miesza się tu ze słodyczą miodu i kwasem cytryny. W sam raz na osłabiony czy przeziębiony organizm. Rozgrzewa i stawia na nogi! Poniżej możecie rozwinąć przepis na napar z imbiru.

Potrzebujemy:

* kawałek imbiru
* plasterek cytryny
* łyżka miodu

Sposób przygotowania:

Obieramy imbir i kroimy go na małe kawałki. Wrzucamy go do kubka i zalewamy wrzącą wodą.

Czekam ok. 5 minut, wywar powinien lekko zmienić w tym czasie barwę.

Dodajemy miód i cytrynę. Gotowe!

IMG_20151118_201117

5. „Szachinszach”, R. Kapuściński

Poruszający reportaż o Iranie sprzed rewolucji islamskiej. Momentami wręcz przerażający. Moja ulubiona – obok kultowego (nie wiem, czy to dobre słowo) „Cesarza” – książka Ryszarda Kapuścińskiego. Idealna lektura dla osób ciekawych świata – z „Szachinszacha” wyciągnąłem o wiele więcej niż z niejednego podręcznika do historii. Bardzo spodobał mi się także niecodzienny sposób narracji. Jeśli za moim poleceniem sięgnięcie po ten reportaż, to pamiętajcie, że ostrzegałem: niektóre fragmenty są wprost wstrząsające, tylko dla ludzi o mocnych nerwach. Tym bardziej, że nie jest to fikcja literacka, a sytuacje przytoczone w „Szachinszachu” wydarzyły się naprawdę.

Do tego dobrałem masala czaj. Dlaczego?

Bo do reportażu Kapuścińskiego szukałem czegoś orientalnego. Wprawdzie „Szachinszach” traktuje o Iranie, a masala czaj to napój pochodzący z Indii, to jednak wydaję mi się, że ze względu na bogactwo użytych przypraw (cynamon, kardamon, goździki, pieprz) najbardziej tutaj pasuje.

PS I w tym przypadku nie podjąłem się przygotowania masala czaj. Stwierdziłem, że lepiej to zostawić specjalistom z indyjskiej restauracji Tavaa w Poznaniu.

IMG_20151118_190511

6. „House of Cards”, M. Dobbs

Pierwowzór jednego z najlepszych seriali ostatnich lat. W przeciwieństwie jednak do telewizyjnego dramatu w odcinkach z Kevinem Spaceyem w roli głównej, akcja książki rozgrywa się w Wielkiej Brytanii, a głównym bohaterem nie jest Frank Underwood, a Francis Urquhart. Obu panów łączy jednak bardzo wiele, a przede wszystkim chęć zdobycia władzy, po którą są w stanie kroczyć nawet po trupach. „House of Cards” w wersji papierowej jest na tyle rozbieżne z serialem, że pojawiające się co rusz polityczne intrygi potrafią wciągnąć w lekturę. Z drugiej strony, są też elementy wspólne, których odnalezienie też może sprawić radość. Pozycja obowiązkowa dla fanów serialu.

Do tego dobrałem kawę po irlandzku. Dlaczego?

Bo jest to kawa z whisky. Zarówno Frank Underwood, jak i Francis Urquhart kojarzą mi się z facetami, którzy piją whisky. Whisky samo w sobie rozgrzewa. Nie chciałem jednak ordynarnie wstawiać tutaj czystej „łychy”, dlatego postanowiłem zamaskować ją kawą.

PS Tutaj także nie mam przepisu. Choć akurat w tym przypadku wydaje mi się on prosty. Zaparzasz kawę i wlewasz do niej czterdziestkę whisky, czyż nie? Jeśli jednak chcecie, żeby ktoś ją zrobił za Was, to uderzajcie do Dylematu w Poznaniu. Tam ją dostaniecie.

IMG_20151118_191954

7. „Drugie odkrycie ludzkości. Nostrillia”, C. Smith

Książka, która była dla mnie sporym odkryciem. Otrzymując ją w prezencie, nic nie słyszałem o jej autorze. Okazało się jednak, że to jedna z najlepszych pozycji w klimatach science-fiction, z jaką miałem okazję się zapoznać. Na świecie Cordwainer Smith ceniony jest raczej wśród fanów gatunku, a w Polsce pierwsze wydawnictwo z jego przetłumaczonymi opowiadaniami pojawiło się dopiero w tym roku, mimo że pierwsze prace napisał przed kilkudziesięcioma laty. Może to trochę wynikać z całkowicie odmiennego podejścia do tematu fantastyki naukowej. Najpopularniejsi pisarze rzadko wybiegają bardzo daleko w przyszłość. Zazwyczaj tworzą one historie oddalone o kilkaset, względnie tysiąc lat do przodu. Cordwainer Smith nie dość, że potrafi przenieść czytelnika np. do roku 14000 (nawet nie wiem, jak to poprawnie wymówić), to w dodatku zbiór jego opowiadań rozpięty jest czasowo na jakieś 10000 lat. Pozwoliło to w stworzeniu interesującej mitologii przyszłości – styl pisarza jest bowiem na tyle specyficzny, że jego krótkie historie bardzo wiele mają z baśni czy mitów właśnie. Coś totalnie innego i zdumiewającego.

Do tego dobrałem herbatę z rozmarynem. Dlaczego?

Bo rozmaryn kojarzy mi się baśniowo. Nie wiem czemu, tak już mam i już. Dodajmy do tego pomarańczę, miód i cynamon, weźmy pierwszy łyk i już czujemy się jak w baśni. Poniżej możecie rozwinąć przepis na herbatę z rozmarynem.

Potrzebujemy:

* czarnej herbaty
* gałązki świeżego rozmarynu
* plasterek pomarańczy
* łyżkę miodu
* laskę cynamonu

Sposób przygotowania:

Zaparzamy czarną herbatę, wyjmujemy torebkę.

Dodajemy miód, pomarańczę, cynamon i rozmaryn.

Gotowe!

IMG_20151118_194723

8. „Lśnienie”, S. King

Możliwe, że widzieliście thriller Stanleya Kubricka z Jackiem Nicholsonem w roli głównej. Jeśli nie, to się wstrzymajcie. Książka jest lepsza, ciekawsza i potrafi przerazić o wiele bardziej niż film z początku lat 80. To jedna z tych powieści, od której serce potrafi mocniej zabić i której niby nie chcesz czytać w półmroku, ale robisz to, by jeszcze dobitniej poczuć klimat. Czytałem „Lśnienie” w różnych miejscach i sytuacjach, najczęściej w tramwaju, lecz najbardziej się bałem obcując z nią w wannie, gdy nikogo nie było w domu. Polecam to uczucie każdemu – nawet jeśli taki kontrolowany strach nie jest tym, co lubisz najbardziej. Sam nie przepadam za horrorami, a nawet cięższymi thrillerami, ale przy „Lśnieniu” bawiłem się doskonale.

Do tego dobrałem herbatę z „prądem”. Dlaczego?

Bo przy takiej lekturze czasem trzeba sobie golnąć coś mocniejszego na rozluźnienie. Herbata z prądem wydaje się idealnym, lekko zakamuflowanym przykładem takiego trunku. Ważne: nie myślcie, że można zastąpić rum wódką. Nie można. Zapamiętajcie to dobrze. Poniżej możecie rozwinąć przepis na herbatę z prądem.

Potrzebujemy:

* czarnej herbaty
* 40 ml rumu
* plasterek cytryny
* łyżkę miodu
* laskę cynamonu

Sposób przygotowania:

Zaparzamy mocną, czarną herbatę. Wyjmujemy torebkę.

Dolewamy rum.

Dodajemy miód, cynamon i cytrynę.

Gotowe!

IMG_20151118_200320

9. „Gra o tron”, G. R. R. Martin

Uwielbiam serial, choć moim zdaniem ostatni sezon mocno zaniżył poziom. Niemniej od dłuższego czasu kusiło mnie, żeby poznać pierwowzór. Trochę żałuję, że pierwszy tom sagi George’a Martina ani przez moment mnie nie zaskoczył – odpowiada on pierwszemu sezonowi „Gry o tron”, który dość wiernie trzymał się książki. Mimo to papierową wersję czytałem z zaciekawieniem – to świetny sposób na przypomnienie sobie tego, co widziało się przed lat. Co więcej, te kilkaset stron prozy zachęciły mnie, by brnąć w ten świat dalej, a z tego co wiem, w kolejnych tomach pojawiają się coraz większe rozbieżności między serialem a książka. Nie mogę się doczekać, aż to odkryję!

Do tego dobrałem mleko z czosnkiem, miodem i masłem. Dlaczego?

Bo żeby przyswoić całą sagę „Pieśni Ognia i Lodu” George’a Martina trzeba porządnie zachorować, by leżeć w łóżku przez całe dnie. A nic tak nie dodaje sił w przeziębieniu, jak mleko z czosnkiem, miodem i masłem. Wiem, że wiele osób nienawidzi tego smaku, mając jakieś urazy z dzieciństwa, ja go jednak uwielbiam. Aha, pijąc ten napój, możecie być także pewni, że nikt nie będzie Wam przeszkadzał w lekturze. Zapach go odstraszy. Poniżej możecie rozwinąć przepis na mleko z czosnkiem, miodem i masłem.

Potrzebujemy:

* szklankę mleka
* ząbek czosnku
* łyżkę miodu
* łyżeczkę masła

Sposób przygotowania:

Wlewamy do garnka mleko.

Dodajemy pokrojony na małe kawałki czosnek, miód i masło.

Podgrzewamy mleko, aż będzie gorące.

Gotowe!

Ważne: uwaga na kożuchy!

IMG_20151118_210842

10. „Król biurowej klasy średniej”, M. Mazurek

Na koniec bardzo lekka rzecz. Jedyna w tym zestawieniu, którą da pochłonąć w ciągu jednego wieczora. To krótka fabuła Maćka Mazurka, autora blogów Zuch Rysuje i Zuch Pisze, jednego z laureatów konkursu Blog Roku. Pierwsze, na co zwraca się uwagę, to jej forma. Składa się ona z komiksów (domena autora), maili czy fragmentów rozmów ułożonych w chronologiczną całość, przekładających się na jedną, mocno porąbaną historię. Książka aż kipi od humoru – momentami czerstwego (w sensie żarty tak suche, że aż śmieszne), czasem absurdalnego, ale – nie ma co się oszukiwać – mnie rozbrajającego. Ze śmiechu płakałem nie tylko ja, ale także mój brat i mój tata. „Król biurowej klasy średniej” jest jeszcze zabawniejszy, jeśli znasz realia pracy w agencji reklamowej, choć i bez tego możesz być pewien ataków niekontrolowanego śmiechu.

Do tej książki dobrałem wódkę z pieprzem. Dlaczego?

Bo to tylko szybki szocik. A ta książka jest króciutka. Wódka z pieprzem rozgrzewa równie mocno, co „Król biurowej klasy średniej” rozśmiesza. Fantastyczny domowy sposób na leczenie przeziębienia. No i śmiech to ponoć zdrowie. Poniżej możecie rozwinąć przepis na wódkę z pieprzem.

Potrzebujemy:

* 40 ml wódki
* łyżeczkę pieprzu (najlepiej świeżo zmielonego)

Sposób przygotowania:

Nalewamy wódkę do kieliszka.

Dodajemy pieprz.

Gotowe!

IMG_20151118_193434

Jeśli dobrnęliście do tego miejsca, to znaczy, że prawdopodobnie Wam się podobało. Dajcie znać, jeśli przeczytacie lub już przeczytaliście jedną z wymienionych książek. Czekam też na opinie dotyczące rozgrzewających napojów. No i jeśli sami polecacie jakąś książkę na długie zimowe wieczory, to nie zapomnijcie wspomnieć w komentarzach. Wprawdzie lista tytułów do przeczytania jest u mnie długa, to chętnie coś do niej dopiszę!