Wyszukiwarka

13 znienawidzonych „przysmaków” z dzieciństwa, których wciąż nie cierpię

Nienawidzone przed laty, nienawidzone dzisiaj.

Dzieciństwo to piękny okres. Mały człowiek poznaje świat, co go bardzo mocno kształtuje. Miałem bardzo dobre dzieciństwo, za które mogę tylko dziękować moim rodzicom. Jednak, posługując się najbardziej wyświechtaną z metafor, w każdym miodzie możesz znaleźć łyżkę dziegciu. Ze swojego słoika wyciągam 13 parszywych wspomnień.

Brukselka

Moje pierwsze spotkanie z nią datuję na grupę starszaków w przedszkolu. Pływała w zupie warzywnej, za którą w sumie też nie przepadam. Na swoje nieszczęście spróbowałem. Na swoje szczęście zrobiłem to, kończąc obiad. Wstałem, przeszedłem parę kroków i ta sama brukselka, która jeszcze niedawno radośnie puszczała do mnie oczko z talerza, znalazła się na podłodze. Zresztą nie tylko ona. Od tego czasu brukselki nie tykam, nie byłem w Brukseli i dużo belgijskiego piwa wypiję, zanim odważę się spróbować to przeklęte warzywo.

Kożuch w mleku

Zostajemy w przedszkolu. Nigdy nie byłem z tych, którzy płakali na widok zupy mlecznej. Ja tam się nią zajadałem. Jednak podobnie jak inne dzieciaki, wprost nienawidziłem kożuchów, które robiły się na jej powierzchni. Ani to smaczne, ani nie wygląda apetycznie. Zło tego świata w pigułce.

Kawowe cukierki i praliny

Jakaś okazja. Powiedzmy: Twoje urodziny. Teraz tak często to się nie zdarza, ale jeszcze dziesięć lat temu bombonierki były na porządku dziennym. Zanim spróbowałeś jakiejś praliny, musiałeś sprawdzić, z czym one dokładnie są, bo jeśli tego nie zrobiłeś, to ZAWSZE trafiałeś na kawową. Często nie miałeś tyle cierpliwości, by sprawdzić, więc na twarzy gościł grymas. Mój hejt na kawowe praliny wykorzystywał dziadek, który bardzo lubił psikusy. W sumie dalej je lubi, choć babcia na niego krzyczy, ale już jestem starszy i nie daję się tak łatwo nabierać. Jego podstawowym żartem wprawdzie jest zostawienie papierków po cukierkach na choince (w taki sposób, by wyglądały jak nieruszone, pełne zawartości), ale drugim było podkładanie pralin kawowych. Do dziś ich nie jem. Kawy też raczej nie pijam.

1

Schab ze śliwką

Od dziecka miałem jakiś uraz do śliwek. W zasadzie nie wiem do końca dlaczego, może nie rozumiałem wyrażenia „wpaść jak śliwka w kompot”. W każdym razie nie jadłem ani świeżo zerwanych śliwek, ani powideł śliwkowych, ani – co moją babcię bolało chyba najbardziej – schabu ze śliwką. Oczywiście babcia, jak to babcia, próbowała dogodzić wnusiowi, nadziewając schab innymi owocami, np. morelą. Za tym farszem też jednak nie przepadałem, więc przy rodzinnych obiadach zawsze przygotowywała dwa osobne schaby: jeden dla wszystkich ze śliwką, drugi tylko dla mnie, bez żadnego nadzienia. Robi to do dzisiaj, mimo że chętniej jem ten z owocem. Można zatem powiedzieć, że wciąż go nienawidzę, skoro moja babcia tak twierdzi. Babcie się ponoć nigdy nie mylą. Zwłaszcza w sprawach kulinarnych.

Sok grejpfrutowy

Swego czasu, tata nazywał mnie „kaczką pijaczką”. Zmienił ten nawyk w okolicach 2005 roku, kiedy PiS doszło do władzy (nie chciałem nawiązywać do polityki, ale to prawda). Nie brało się to znikąd: pochłaniałem ogromne ilości soków i napojów, co kończyło się tym, że dorośli nie mieli co pić. I właśnie dla dorosłych powstał sok grejpfrutowy – cierpki i gorzki, nie do przełknięcia bez grymasu na twarzy. Już nie jestem dzieckiem, a dalej go nie znoszę. Nadaje się chyba tylko do drinków, ale wyłącznie jako jeden z kilku składników, nie w roli dopełnienia do wódki. Wychodzi na to, że docenia się go dopiero w momencie, gdy ma się własne dzieci. Długo się jeszcze nie polubimy, soku grejpfrutowy.

Buka

Ja wiem, że niejadalna, ale co się jej w dzieciństwie bałem, to moje. Musiała pojawić się na tej liście.

1

Wyroby czekoladopodobne

Prawdziwy koszmar dzieciństwa – czekolady, które z czekoladą miały tyle wspólnego, co Homer Simpson z abstynencją i umiarkowaniem w jedzeniu i piciu. Zazwyczaj już opakowanie krzyczało „Macieju, nie jedz tego!”. Ale po pierwsze babcia przecież dała, a po drugie ja nie spróbuję? No way. A później płacz, rozczarowanie i sztuczny posmak w jamie ustnej. Co gorsza, z wyrobów czekoladopodobnych robiono (i pewnie dalej się robi) tzw. słodycze okolicznościowe: „czekoladowe” mikołaje, „czekoladowe” bombki i tak dalej. One już wyglądem nie zdradzały, co kryje się w środku. I zawsze musiałem maskować swoją wściekłość na twarzy, gdy babcia pytała, czy smaczne, dodając, żebym przyjął jeszcze więcej, bo później dziadek będzie podjadał, a przecież nie powinien. Koszmar.

Bigos i gołąbki

Polskie dania narodowe. Zanim mnie ukrzyżujecie za to, że ich nie cierpię, to na swoją obronę dodam, że uwielbiam tatar, a pierogi ruskie wcinam jak mało kto na tym świecie. Wracając do tematu, przez wiele lat moja rodzina próbowała walczyć z moim brakiem upodobania do bigosu i gołąbków. Ten pierwszy jadłem na spółę z bratem: ja wyjadałem mięcho, on całą resztę – problem pojawiał się dopiero w Wigilię, gdzie mięsa z wiadomych względów nie ma, przez co nigdy nie udało mi się spróbować 12 potraw. Z gołąbkami sprawa miała się jeszcze prościej: odwijałem kapustę, oddawałem ją komuś i sam jadłem farsz. W końcu jednak wszyscy razem doszliśmy do tego, że to bez sensu. Lepiej późno, niż wcale.

Lukrecja

Bardzo długo nie miałem z nią styczności. W końcu w Polsce nie jest ona tak bardzo popularna. Ale zdarzyło się, że byłem z rodzicami i bratem w Danii. W zasadzie, to już z niej wracaliśmy. Promem. A na promie, wiadomo, strefa wolnocłowa, tani alkohol i tanie Haribo. Kupiono nam wielkie wiadro żelków. Były tam wszystkie możliwe rodzaje, ze sławnymi misiami na czele. Sęk w tym, że były też żelki koloru czarnego. Myślałem, że będą one miały smak coli, czy coś. Źle myślałem. Z niesmakiem w ustach wspominam do dziś. Coś okropnego.

2

Czekoladki z alkoholem

Wiśnie z likierem w czekoladzie, baryłki wedlowskie i tak dalej. Zawsze były kupione „niby przypadkiem” i „ojej, nie zauważyłem”. Zawsze! Po latach uważam, że to wszystko było jednak specjalnie. Po to, aby dorośli mogli jeść swoje słodycze i nie musieć się nimi dzielić z dziećmi. Z jednej strony uważam, że to całkiem przebiegłe, z drugiej wciąż tego nie rozumiem, bo mam już 25 lat, do wielu znienawidzonych w dzieciństwie rzeczy się przekonałem, ale do czekoladek z alkoholem nie mogę. Co w nich fajnego? Jak chcę zjeść słodkiego, to łapię za Milkę, a jak chcę poczuć alkohol, to piję piwo. Nie trzeba tego łączyć, to przecież takie proste!

„Sok jabłkowy”

Jeśli już przy „złocistym trunku” jesteśmy (ech, co za okropna hiperbola), to nigdy chyba nie zapomnę mojej reakcji na pierwsze zetknięcie z nim. Jakaś impreza rodzinna, możliwe że moje imieniny. Chciałbym się czegoś napić, więc sięgam po napój mojego taty, który wbrew moim przypuszczeniem nie okazuje się gazowanym sokiem jabłkowym, a piwem właśnie. Do dziś gardzę oszukanym sokiem jabłkowym i oszukanym browarem. I jeśli wciąż to dla Was za mało, by „sok jabłkowy” znalazł się na tej liście, to tak tylko dopowiem, że lagerów też raczej nie pijam. A ten napój mojego taty to na pewno był lager – kilkanaście lat temu chyba nie było w Polsce w sprzedaży innych piw.

2 pierogi jako porcja

Znów wracamy do przedszkolnych obiadów. Zgodnie z polskim zwyczajem, w piątki jadało się bezmięsnie – chyba po to, by żaden rodzić nie był urażony, teraz pewnie się do tego trochę inaczej podchodzi. Nie stawiano jednak na rybę, bo dzieci raczej za nią nie przepadają, a na „fajne dania” typu makaron z serem lub pierogi właśnie. Tyle że jeśli o te ostatnie chodzi, to podawano ich SKANDALICZNIE małą porcję. 2 pierogi i po sprawie? To ogromna zniewaga. W takie dni zawsze wracałem smutny z przedszkola. Tym bardziej, że z moimi babciami zawsze miałem inne ustalenia. 1 porcja to zawsze mój wiek +1. „Mam już 5 lat, więc jem 6 pierogów, babciu”. Potem oczywiście i tak brałem dokładkę.

Wyobraźcie sobie, że na tym talerzu są 2 pierogi. Smutny widok, prawda?

Wyobraźcie sobie, że na tym talerzu są 2 pierogi. Smutny widok, prawda?

Rodzynki w ciastach

Je umieszczam tylko dlatego, że szanuję wybór czytelniczy. Sam nic do rodzynek nie mam. Powiem nawet więcej: uwielbiam je w serniku! Nie mówię, że bez sernika nie ma rodzynek bez rodzynek nie ma sernika, to nonsens jak wysokie IQ Homera Simpsona (dwa różne odniesienia do tej samej osoby w jednym tekście, doceńcie to!), ale moim zdaniem czasem działają one na plus. Okazało się jednak, że OGROMNA rzesza moich czytelników wprost NIENAWIDZI rodzynek w ciastach wszelkiej maści, więc nie mogę tak po prostu pominąć tego faktu. Byłoby to zwyczajnie niemoralne. Tym bardziej, że to właśnie sprzeciw wobec rodzynek w cieście sprowokował mnie do napisania tego tekstu.

A że szanuję wspomniany wybór czytelniczy, to jestem bardzo ciekaw, jakich jeszcze rzeczy mniej lub bardziej jadalnych nienawidziliście w dzieciństwie i nienawidzicie dalej. Piszcie w komentarzach, będę się bacznie przyglądał!