Wyszukiwarka

Dlaczego nie warto jeść w sieciówkach?

McDonalds_Times_Square_Fotor

Mając wybór między korporacyjnym fast foodem a małą knajpką zawsze wybiorę tę drugą.

Uściślijmy. Chodzi mi o konkretny typ gastronomii. Małe biznesy, często na lokalną skalę, które nastawione są na karmienie ludzi potrawami zbliżonego typu co sieciowe fast foody. Obrazując to na przykładzie, porównuję McDonalda z burgerownią, a nie z restauracją serwująca burgery. To po pierwsze.

Po drugie, rozumiem zdziwienie niektórych. Przecież sam dużo piszę o sieciowych fast foodach – raz lepiej, raz gorzej oceniam te, które w Polsce już są i czekam na te, których w naszym kraju nie ma. Jeśli chodzi o nieznane sieci z zagranicy – cóż, jestem ich zwyczajnie ciekaw. Skąd więc tyle recenzji z Burger Kinga, McDonalda czy KFC? Z jednej strony: większość z nich i tak pisze J-Mac, z drugiej powiedzmy sobie szczerze: to się dobrze sprzedaje, cyferki w statystykach się zgadzają. Ale dość tego.

Prowadzę tego bloga już od 5 lat i ewolucja moich upodobań kulinarnych jest przeogromna. Kiedyś tani kebab, czipsy i mrożona pizza, od których dziś staram się stronić. Nie mówię, że zawsze, czasem sieciowy fast food jest jedynym ratunkiem (o tym kiedy tak jest, opowiem następnym razem). Na co dzień cenię jednak wyższą jakość, w dodatku nie zawsze za wyższą cenę. Wciąż mi daleko do tułania się po najdroższych restauracjach – ba, nawet do tego nie dążę.

Także nie dziwcie się proszę, że nie piszę o każdej nowości z sieciowego fast foodu. Jeśli trafię na coś ciekawego, wtedy będzie recenzja. Dla przykładu: ostatnio zainteresowały mnie „4 smaki świata” w KFC – klasyczny kurczak w panierce w sosie do wyboru. Wybrałem z słodko-kwaśnym i niestety nie było to nic przyjemnego. Nie zamierzam więc „trzymać ręki na pulsie” i „być na bieżąco”, bo to nie jest ten rodzaj jedzenia, który jem z chęcią. Jeśli już go spożywam, to raczej z konieczności.

Skąd wzięła się ta moja, dla niektórych zaskakująca, postawa? Już tłumaczę.

1

1. Porównałem smak.

Nie znam sieciówki działającej na terenie Polski, która serwuje lepsze jakościowo produkty od przeciętnej, małej knajpki obracającej się w podobnej „tematyce” kulinarnej. McDonald’s i Burger King? C’mon, dobrych burgerowni nie brakuje, a kolejne wyrastają jak grzyby po deszczu nawet w mniejszych miastach. Pizza Hut? Do pizzerii kręcących placki we włoskim stylu nie ma nawet startu, a mniej więcej połowa osiedlówek nastawionych na dowóz prezentuje wyższy poziom. Starbucks? Bitch, please. Marny poziom, który dobija fakt, że dobrych kawiarni jest w Polsce dostatek. North Fish? Nie jest taki zły, ale umówmy się – da się zjeść smaczniejszą rybę, choć rzadko za tę cenę. Jedyny problem mam z KFC, które na kurczaki w panierce ma spory monopol – jedno poznańskie Los Pollos wiosny nie czyni.

Jeśli komuś smakuje bardziej w jednej z wymienionych sieci fastfoodowych, to albo ma wypalone kubki smakowe, albo po prostu nie trafił do odpowiedniego miejsca, które otworzyłoby mu oczy. To jak z tymi frytkami z McDonald’s – ludzie chwalą, bo nie jedli rzeczywiście smacznych.

2

2. Porównałem współczynnik ceny do jakości i sytości.

Największe burgery w McDonald’s – czyli jedyne, którymi można się tam względnie najeść – kosztują po kilkanaście złotych. Za podobną cenę w Poznaniu można dorwać dobrej jakości burgera, który zazwyczaj jest bardziej sycący. Jeśli chcemy przyjąć coś na obiad, bierzemy zestaw, często powiększony, wtedy to wydatek pod 2 dychy. I to już kwota, za którą zjemy smacznego burgera też w innych miastach (na tle ogólnopolskim Poznań ma bardzo niskie ceny). W Burger Kingu jest drożej, cena kawy w Starbucksie to jakiś żart, a Pizza Hut to już najlepszy przykład na to, jak coś, co jest naprawdę tanie w przygotowaniu, może być horrendalnie drogie, „bo marka”. Sieciowe fast foody nie są tanie. A już na pewno nie są tańsze od swoich lepszych odpowiedników w wydaniu lokalnym. Zapamiętajcie to.

3

3. Uświadomiłem sobie, do kogo trafiają te pieniądze.

Raczej nie myśli się o tym, DO KOGO trafiają pieniądze wydane na jakąś usługę. Zazwyczaj wystarcza nam to, że usługa zostaje zrealizowana. Ale zastanówcie się, komu wolelibyście przekazać cząstkę swoich pieniędzy: wielkiej korporacji czy małym przedsiębiorcom? Komu chętniej byście pomogli, delikatnie go wzbogacając? Dla mnie wybór jest oczywisty. Co z tego, że wielkie korporacje zatrudniają tysiące istnień, skoro mnóstwo pieniędzy jest marnotrawionych na prezesów i marketing? Wolałbym, aby te tysiące osób przeszło na swoje, otworzyło własne biznesy (niekoniecznie gastronomiczne) i to ich mógłbym wspierać swoimi pieniędzmi, płacąc im za konkretne usługi. Nie wiem, czy to polityczne poprawne (gospodarczo w skali makro), ale los małych przedsiębiorców jest bliższy mojemu sercu.

4

4. Uświadomiłem sobie, że to nie jest prawdziwe.

Prowadząc swój własny lokal, zazwyczaj wkładasz w to mnóstwo serca, zatrudniasz ludzi, którzy potrafią się zaangażować i generalnie dbasz o klienta. Wiadomo, nie zawsze, są różne przypadki „byznesmenów” od siedmiu boleści, ale trend jest taki, że powstaje coraz więcej knajpek prowadzonych przez uśmiechniętych ludzi, dla których, owszem, liczy się zysk, bo muszą przecież z czegoś żyć i prowadzić swoje przedsiębiorstwo, jednak ważna jest także satysfakcja. Zazwyczaj są to przedsiębiorstwa prowadzone przez dosłownie kilka osób, często będąca w mniej lub bardziej formalnych związkach rodzinno-przyjacielskich. Przekłada się to na podejście do klienta – jest on w zasadzie gościem, któremu chce się podać produkt jak najwyższej jakości. Tego NIE DA SIĘ przenieść do sieciowego fast foodu, gdzie sprzedawca ma cię w dupie, komunikując się z tobą formułkami wyuczonymi na pamięć.

To nie jest antysieciówkowo-antyfastfoodowy manifest. Nie jestem jednym z tych wariatów, którzy krzyczą, że jedzenie w McDonaldzie skraca życie o połowę. Co to, to nie. Do wszystkiego trzeba podchodzić z umiarem, nawet przedawkowanie wody szkodzi. Uważam, że sieciowe fast foody są częścią stylu życia współczesnego człowieka i są potrzebne – za jakiś czas napiszę osobny artykuł o tym, w jakich sytuacjach, bądźcie cierpliwi.

Morał tego wywodu można zamknąć w jednym zdaniu: Wokół jest tyle dobrego i relatywnie taniego żarcia, że po prostu szkoda tracić swój czas i pieniądze na sieciowe fast foody.

Rozejrzyjcie się po okolicy, znajdźcie miejsca, które karmią lepiej i cieszcie się ze smacznego i prawdziwego jedzenia. To jest naprawdę takie proste!