Wyszukiwarka

Dlaczego nienawidzę Starbucksa?

IMG_20141202_220752

Przyhipsterzyłem i poszedłem do Starbucksa. Miałem godzinę wolnego czasu, musiałem coś ze sobą zrobić, najlepiej z darmowym Wi-Fi. Skusiła mnie świąteczna nowość. Gorąca czekolada z miodem i migdałami.

Wkurzyłem się już wcześniej. Najpierw nastałem się w kolejce. No, cholera, zdarza się. Jakoś to przeboleję. Niestety nadchodzi mój czas, moja kolej, zdejmuje słuchawki. Z bardziej irytującym sprzedawcą nie spotkałem się chyba nigdy w życiu. Sztucznie wyluzowany – na tyle, że aż się to robi przykre. Pewnie koleś nie chce i nie umie tego robić, bo płacą mu za to marnie, ale jednak musi, bo Wielki Brat patrzy i tak dalej.

Cała moja sympatia do tego irytującego faceta pryska w momencie, gdy pyta mnie o moje imię. Ja wiem, kolejny durny korporacyjny standard sprawdzony w krajach i kulturach, w których ludzie z radością udzielają takich informacji. Dla mnie to tylko sztuczne udawanie przyjacielskiej atmosfery, bo dobrze wiem, że koleś ma mnie w dupie. I vice versa. Chciałem mu odpowiedzieć, że na imię mi kutas, ale że kozakiem jestem w necie, to pozostaje tradycyjnie przy Macieju.

Przychodzi moment zapłaty, którego się jakoś bardzo nie obawiam, bo hajs się zgadza. 13,90, a zamawiam najmniejszy wariant. Co ja, motyla noga, na lotnisku jestem? W Szwajcarii jakiejś? Gdybym pracował jak poważny absolwent dziennikarstwa w jakiejś reklamowej agencji, to nawet nie zarabiałbym tyle w godzinie. Od razu mi lepiej, że do czekolady nie domówiłem muffina, tak jak chciałem. Rozbój w biały dzień, normalnie.

Myślę sobie, że gadam głupoty. Że przecież za jakość się płaci i że każdego dnia mówię o tym swoim czytelnikom. Odbieram swoje zamówienie i zasiadam w wygodnym fotelu (tak, to im się udało).

Biorę łyk i nie dowierzam. Drugi, trzeci, czwarty – tak dla pewności. Mówiłem o jakości? Owszem. W Starbucksie otrzymujemy gorącą czekoladę o jakości zrobionego w domowych warunkach kakao. Tyle że tutaj dodali jeszcze miód (trudno powiedzieć jaki, raczej wątpię, że od polskiego pszczelarza z małej pasieki) oraz syrop migdałowy, który jest tak przeraźliwie słodki, że zagłusza czekoladę. Przepraszam, kakao, które – oddajmy im to – podane wygląda całkiem ładnie.

Wyobraźcie sobie, prawie 14 złotych za coś takiego. Lubię gdy za marką stoi coś jeszcze. Choćby Nike – ich buty służą mi latami. Albo Dell – laptop od nich działa jak marzenie nawet 4 lata po zakupie (w tym czasie jedna, ekspresowa naprawa). Lub nawet Biedronka za czasów „codziennie niskie ceny” – było tanio, nikt nie zaprzeczy. A Starbucks? To taki kawiarniani McDonald’s – marka, za którą stoi tylko wyłącznie rozpoznawalność. Smak? Nie róbmy żartów. Ceny? Kosmiczne przegięcie. Atmosfera? Wymuszona i nieprawdziwa.

W przeciwieństwie do McDonald’s Starbucks ma jeszcze jedno – aurę wyjątkowości. Przyjść do pracy lub szkoły z kawą ze Starbunia na wynos to szczyt lansu. Ale i to powoli się zmienia.

To był mój ostatni raz w Starbucksie. Nie dam im więcej na sobie zarobić – nawet w stanie wyższej konieczności wybiorę inne miejsce. A teraz dziękuję, wylogowuję się ze starbucksowego Wi-Fi. I ono działa fatalnie, ale może nie kopmy leżącego.

Cena: 13,90 zł

Smakowitość 40%

Współczynnik „zwycięstwa z anoreksją”: so hipsta