Wyszukiwarka

JEDZENIE W USA: najlepsze dania i największe rozczarowania

Co nam najbardziej smakowało, a o czym chcielibyśmy jak najszybciej zapomnieć?

Jakiś czas temu odbyliśmy z Sonią małą podróż po Stanach Zjednoczonych – w ciągu 3 tygodni odwiedzieliśmy Nowy Jork, Boston i Chicago, co w ostatnich tygodniach pokazywaliśmy w kilkunastu vlogach na YouTubie.

Dziś podsumujemy sobie to, co zjedliśmy i opowiemy o najlepszych daniach, jakich próbowaliśmy oraz największych kulinarnych rozczarowaniach.

Zobacz mój film na ten temat i zasubskrybuj mój kanał

///// NAJLEPSZE DANIA /////

RAMENY

W Nowym Jorku odwiedziliśmy 3 ramen bary: słynny Ivan Ramen znany z Chef’s Table na Netfliksie, niemniej słynne Momofuku Noodle Bar prowadzone przez Davida Changa oraz Ippudo – globalną sieciówkę obecną w wielu krajach świata i prezentującą przy tym wysoki poziom.

We wszystkich tych miejscach zjedliśmy naprawdę pyszne rameny, o głębokim i ciekawym smaku: w Ivan Ramen był to tłuściutki tori paitan, w Momofuku ramen smakujący jak esencja z boczku, a w Ippudo bardziej klasyczne tonkotsu.

Bez wątpienia były to jedne z najlepszych ramenów w moim życiu, choć tu muszę zaznaczyć, że najlepsze warszawskie ramen bary (Yatta, Uki Uki czy Vegan Ramen Shop) aż tak bardzo od tych nowojorskich nie odstają – różnica jest, ale nie tak kolosalna, jak mogłoby się wydawać.

BEKON

Bekon w Stanach jest magiczny! Grubszy, o lepszym aromacie, ale też za każdym razem odpowiednio chrupiący – niezależnie od tego, czy jadłem go w śniadaniu, czy w burgerze. Nie przypominam sobie niedosmażonych plasterków, jakie niestety często występują w polskich knajpach. Jesteście w USA i nie wiecie, co zamówić? Bierzcie danie z bekonem – jest duża szansa, że przynajmniej jeden składnik będzie wyborny!

BAJGLE

Bajgle w Nowym Jorku to nie danie, to styl życia – w Polsce coraz częściej można zjeść gdzieś bajgla, często nawet dobrego, ale wokół nich zazwyczaj panuje takie bardziej restauracja zamieszanie: podawane są na talerzu, z wieloma dodatkami itd.

W Nowym Jorku wyglądało to trochę inaczej i chyba dlatego tak bardzo rozwinęła się tam kultura bajgli. To w gruncie rzeczy proste jedzenie, które je się przed pracą, w drodze do pracy lub w czasie pracy.

Wybierasz rodzaj pieczywa: tych jest zawsze z kilkanaście i najczęściej różnią się od siebie posypką. Potem decydujesz, co ma się w tym bajglu znaleźć. Tradycyjnie w Nowym Jorku je się bajgle z kremowym serkiem i łososiem z Nowej Anglii, ale wybór jest znacznie większy. Bekon, jaja, mięsa, warzywa – tego jest od groma i można mieć bajgla z wieloma składnikami albo prostszego, opierającego się na np. dwóch dodatkach (i na takich polecam się skupić, zwłaszcza na początku).

Do tego wszystko jest przygotowywane na bieżąco, a pieczywo jest ciepłe i miękkie jak najlepszy zimowy kocyk. Warto jeść je, kiedy mają jeszcze wysoką temperaturę, później niestety tracą trochę ze swojego uroku.

KANAPKI Z PASTRAMI

Wiedziałem, że kanapki z pastrami to będzie ogień i się nie zawiodłem. Podobnie jak rameny jadłem je w 3 miejscach: słynnym Katz’s Delicatessen, Eisenberg’s Sandwich Shop na Piątej Alei w Nowym Jorku oraz w Sam Lagrassa’s w Bostonie.

W każdym z tych lokali jadłem inny rodzaj kanapki, ale zawsze było tam obecne pastrami. W Katz’s był to prosty sandwich z ogromną ilością mięsa, musztardą i podanymi obok ogórkami. U Eisenberga jadłem reubena, czyli kanapkę z pastrami, kapustą kiszoną, serem szwajcarskim i sosem rosyjskim. W Sam Lagrassa’s był to z kolei sandwich na zimno pół na pół z pastrami i corned beef oraz colesławem. Wszędzie królowało doskonałe mięso, zawsze było one nałożone obficie i każdorazowo byłem szczęśliwy po konsumpcji.

Świetnych kanapek Amerykanie mają całą masę, choć te z pastrami są chyba najpopularniejsze. Aż nie mogę się doczekać kolejnego wyjazdu i dalszego eksperymentowania z sandwichami. Macie swoje ulubione propozycje? Piszcie!

GOFRY ZE SMAŻONYM KURCZAKIEM

Największe odkrycie tego wyjazdu: kurczak “jak w KFC” może być lepszy niż w KFC!

Parę razy w USA próbowałem panierowanego kurczaka smażonego w głębokim tłuszczu i za każdym razem był to prawdziwy sztos. Najbardziej smakował mi ten podany na gofrze i oblany syropem klonowym z chili – danie to jadłem w Old Rose na West Village na Manhattanie i na pewno pozostanie ono jednym z tych, które zostanie w moim serduszku na dłużej.
Idealnie soczysty kurczak, świetna panierka, a do tego naprawdę spoko gofry – co to było za śniadanie!

To taki protip przed wizytą w USA: szukać dobrego fried chicken w odwiedzanych przez Was miastach – na pewno będę o tym pamiętać przed kolejnym wyjazdem i Wy też o tym nie zapomnijcie.

SERNIK

6 lat mieszkałem w polskiej ojczyźnie serników i przez ten czas najadłem się wielu świetnych ciast. Pod tym względem Poznań jest lepszy od Nowego Jorku – dobry sernik jest na każdym rogu, w co drugiej kawiarni.

Mając te doświadczenia prawdopodobnie Wielkie Jabłko nie zrobi na Was wrażenia – stąd wprawdzie pochodzi słynny na cały świat sernik nowojorski, ale po „dobry okaz” wcale nie wystarczy zajść do najbliższego punktu z kawą i ciastami.

Na liście miejsc do odwiedzenia „na sernik” miałem dwa lokale – Eileen’s Special Cheesacake (dobry, klasyczny, ale nie wybitny) oraz obecne przy Times Square i na Brooklynie Junior’s. To własnie tam zjadłem jeden ze swoich najlepszych serników w życiu – był on tak tradycyjny jak się da i baaardzo kremowy. A przy tym bardzo słodki, co – biorąc pod uwagę rozmiary kawałka – każe myśleć o nim jako o wielkiej bombie kalorycznej.

Ale nie ma co płakać. Nie żałuję ani jednego kęsa!

TOSTY Z AWOKADO

Totalnie nie spodziewałem się tego, że jednym z gastro hitów tego wyjazdu będą tosty z awokado. Były one obecne w menu co drugiej brunchowni i niemal zawsze występowały w opcji „na wypasie”.

Przynajmniej porównując do tego, co można dostać w polskich knajpkach. Bo wiecie, jak to często u nas wygląda – kromka suchego chleba cieniutko posmarowana awokado albo ćwiartka niedojrzałego owocu pokrojona w plasterki.

W Nowym Jorku ten problem nie występował. Zawsze dobre pieczywo, zawsze dużo awokado (które przy okazji było jakby smaczniejsze), często w ciekawych kompozycjach. Najlepsze tosty jedliśmy w Seven Point Espresso na Brooklynie, choć duża w tym zasługa dodatków.

TAIYAKI

Lody z automatu podane w gofrze w kształcie ryby ze słodką niespodzianką w ogonie. No hit! Specjał z Japonii, który po raz pierwszy spróbowaliśmy na Williamsburgu na Brooklynie w TAIYAKI NYC. Co ciekawe, to były jedyne próbowane przez nas lody z automatu, które uznaliśmy za smaczne. Chcę czegoś takiego w Polsce!

BIANG BIANG

Wyrabiany na oczach klienta szeroki, płaski makaron. Do tego pikantny olej, jagnięcina i dodatki. Cudowne danie, o którego istnieniu wcześniej nie miałem pojęcia. Jedliśmy go w Very Fresh Noodles na Chelsea Martket. Trochę przypadkiem, bo załapaliśmy się na pierwsze dni działania tego miejsca. Teraz wiem, że jeśli kiedyś uda mi się wrócić do Nowego Jorku, to będzie to jedno z pierwszych odwiedzonych przeze mnie miejsc.

Na bazie swoich doświadczeń w warszawskiej KURZE stworzyłem swoją kanapkę, która zawiera część najsmaczniejszych produktów, na które natknąłem się w Stanach. Awokado zmieszane z kremowym serkiem, podwójnie panierowany filet z udka z kurczaka, sos na bazie syropu klonowego i miodu, czerwona cebula, bekon, kiełki i majonez. Wszystko zamknięte rzecz jasna w bajglu. Zobaczcie, jak to pięknie wygląda:

Kanapka jest dostępna w lokalu do 11 grudnia i kosztuje 27 PLN. Na hasło MACIEJ JE możecie dobrać do niej frytki za 1 PLN.

///// ROZCZAROWANIA //////

PIZZA I MAKARONY

Włoska kuchnia w Stanach była chyba najczęstszym powodem naszych zawodów. Niby jest to kraj, do którego masowo emigrowali Włosi, przenosząc swoje tradycje kulinarne, ale tak pysznie jak rok wcześniej we Włoszech nie zjedliśmy (co w sumie nie powinno dziwić).

Najczęściej rozczarowaniem okazywały się makarony, bazujące zazwyczaj na nijakich sosach przygotowanych ze składników bez smaku – dawno nie jadłem tak miernego sosu pomidorowego jak tam.

Z pizzą bywało lepiej, choć też zdarzały się wtopy – słynne Roberta’s z Brooklynu, polecane m.in. przez śp. Anthony’ego Bourdain, smakowała nam, ale po takich rekomendacjach spodziewaliśmy się czegoś więcej. Mi szczerze mówiąc bardziej smakuje pizza w najlepszych pizzeriach w Poznaniu, Wrocławiu, Warszawie, Krakowie czy Gdyni…

Lekkim rozczarowaniem nazwałbym też pizzę chicagowską – to po prostu pizza pełna sera i sosu pomidorowego, bardzo tłusta, bez większych walorów smakowych. Jako czelendż i ciekawostka fajna rzecz, ale raczej nie zjem jej nigdy ponownie.

Dobry włoski makaron zjedliśmy tylko w Angelo’s Wine Bar w Chicago, a naprawdę smaczną pizzę neapolitańską w Una Napoletana na Nolicie w Nowym Jorku. Miło wspominam też slajsa z Joe’s Pizza na West Village, ale to trochę inna bajka.

BIG GAY ICE CREAM

Nigdy nie zrozumiem fenomenu, jaki zrobiły te lody w Stanach Zjednoczonych. One po prostu smakują jak tanie lody z automatu nad Bałtykiem!

Bardzo nieciekawy, sztuczny smak samych lodów i różne dodatki, jakieś polewy i posypki, które również nie są zbyt udane.

Nie mogę pojąć, skąd tyle pozytywnych rekomendacji, również od prawdziwych kulinarnych autorytetów – może kiedyś te lody smakowały lepiej? Gdybym miał wskazać największe rozczarowanie całego wyjazdu, to byłyby nim właśnie chyba Big Gay Ice Cream.

PANKEJKI

Raz się skusiłem na tradycyjne amerykańskie pancakes i bardzo tego żałowałem… Możliwe, że było to nieodpowiednie miejsce – ot, podrzędny śniadaniowy bar daleko od centrum Bostonu – ale smakowały one tak źle, że później nie miałem już na pankejki najmniejszej ochoty.

Serio, to była prawdziwa tragedia.

Naleśniki były strasznie suche i nawet obfite oblanie syropem klonowym nie pomagało. Stawiam 5 dolców, że nie przygotowano ich od podstaw, tylko z jakiegoś gotowca. Nie wiem, proszku, który po zmieszaniu z wodą staje się ciastem na pankejki?

Jedyne, co uratowało to śniadanie, to bekon – ten się tutaj na całe szczęście udał.

SHAKE SHACK

Sieciówka, która miała pokazać mi inne oblicze dużych sieci fast foodowych – niestety, mocno jej to nie wyszło.

Próbowany przeze mnie burger nawet na pierwszy rzut oka burgera nie przypominał, to raz. Po drugie smakiem nie odbiegał od tego, co można dostać w McDonaldzie czy Burger Kingu – mocno wysmażone i suche na wiór mięso plus kiepska bułka. Nic ciekawego i dosłownie żadnych emocji od pierwszego do ostatniego gryza.

Jedyne, co mi w Shake Shacku smakowało to lemoniada – kwaśna jak trzeba. Ale to chyba trochę za mało, co?

MILK BAR

To nie jest tak, że mi tutaj nie smakowało. Lody o smaku mleka po płatkach były bardzo ciekawe, ale po netfliksowym hajpie i obecności Milk Baru w Chef’s Table spodziewałem się jednak czegoś więcej.

Próbowałem też kilku innych pozycji z kultowego menu, ale zarówno szejk urodzinowy, compost cookie czy słynne crack pie nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Ot, bardzo słodkie desery, w których ilość cukru jak na mój gust została mocno przekroczona ponad normę.

Kolejnym rozczarowaniem był skład tych wszystkich słodkości. Myślałem, że obecność w Chef’s Table oznacza wysoką jakość pokazywanych dań i produktów, ale w praktyce okazało się, że skład takiego crack pie jest bardzo długi i pełen niekoniecznie fajnych substancji…

O ile w Ivan Ramen Netflix się spisał, tak w przypadku Milk Baru niestety zawiódł. Wielka szkoda.

Byliście w USA? Macie jakieś swoje ulubione dania ze Stanów? Co Was tam najbardziej rozczarowało? Piszcie w komentarzach!