Wyszukiwarka

Kebabizacja burgerowni

kebabizacja

Kebab kojarzy mi się obecnie z jedzeniem najgorszego sortu. Niestety, za parę lat podobnie może być z burgerami.

Na przełomie czasów gimbazjalnych i licealnych kochałem kebab. Jeśli nadarzyła się okazja, to dreptałem na swoich tłustych nóżkach do centrum Gorzowa, by zamówić kawał skurczybyka w postaci zawijańca lub klasyka „w bułce”. Sosik zawsze pikantny – im bardziej po nim płakałem, tym był dla mnie lepszy.

Po przeprowadzce do Poznania z krwawiącym wręcz sercem przyznałem, że w stolicy Wielkopolski nie ma dobrych kebabów. No, do czasu, gdy poznałem Kraszkebab, gdzie naprawdę dba się o jakość składników. Zanim to jednak nastąpiło, zdążyłem dwukrotnie wyrzucić do śmieci kebaba z dwóch randomowych bud – w smaku były one tak obrzydliwe, że nie pomogło „bycie na gastro” po wielogodzinnej alkoholowej libacji.

W końcu doszedłem do tego, że nieważne, czy Gorzów, czy Poznań – wszędzie dają ten sam syf. Mięso dziwnego pochodzenia (czy ktoś w jakimś kebabie zjadł baraninę, która naprawdę nią była?), tona tanich surówek i sosy, które często i gęsto nie nadają się do niczego. Sprzedawane pod szyldem „oryginalnie turecki” lub „najlepszy berliński” i w towarzystwie kłującego w oczy „designu”.

Wszystko to powoduje, że jeśli miałbym wskazać najpodlejsze jedzenie dostępne „na mieście”, to obok hot dogów za 3 złote i odmrażanych zapiekanek wybrałbym właśnie kebaby. Jeśli je zamawiam gdzieś indziej niż w sprawdzonym Kraszkebabie, to jest to znak, że melanż poniósł mnie bardziej niż zazwyczaj.

Ja i kebab w Kraszu.
Ja i kebab w Kraszu.

Tyle w temacie kebsa. A co z burgerami?

Im też kiedyś przylepiono łątkę jedzenia najgorszego sortu. Kompletnie nieważne jest, czy to za sprawą niemającego dobrej prasy McDonald’s, czy z winy obleśnych budek na dworcach. Tak było. Koniec, kropka.

Parę lat temu przetoczyła się jednak przez Polskę streetfoodowa rewolucja, która odczarowała burgera. Kanapka z mieloną wołowiną może być smaczna, wartościowa i może nie tyle zdrowa, co ciut zdrowsza niż sądzono dotychczas. Ma znaczenie, jakiego używa się mięsa, gdzie kupuje się warzywa i jak przygotowuje się sosy. Pierwsze burgerownie w Polsce dbały o jakość i choć ich jedzenie nie pasowało do trendu „fit & healthy”, to jednak poziomem znacząco odstawało od byle kebaba, którego w swoim czasie można było dostać na każdym rogu.

Jem burgera w pierwszej burgerowni w Poznaniu - Łapu Papu.
Jem burgera w pierwszej burgerowni w Poznaniu – Łapu Papu.

Dziś niestety obserwujemy zjawisko „kebabizacji burgerowni”, na które składa się – po pierwsze – spadek jakości w wielu kiedyś czołowych miejscach i – po drugie – otwieranie się kolejnych punktów z hambugsami, nie tylko w centrach dużych miast, ale i na jego peryferiach, czy w mniejszych miejscowościach.

Zauważyłem to, przygotowując ranking najlepszych burgerowni w Poznaniu (tu mały disclaimer: publikacja nieco przesunie się w czasie, bo planuję też wersję video zestawienia, a zatem muszę wrócić do paru miejscówek; moje postępy można śledzić na bieżąco na profilu prywatnym na Facebooku). Nie dość, że starzy wyjadacze rynku bardzo zeszli z jakością (no bo marka wyrobiona, więc dajmy coś gorszego za więcej pieniędzy), to jeszcze sporo polecanych przez moich czytelników miejscówek okazała się totalną wtopą. Serio, gdy sobie przypomnę niektóre wizyty, to aż łapię się za głowę – jak można się tym zajadać i jeszcze wmawiać innym, że to jest dobre?

Kilka przykładów, takich pierwszych z brzegu:

Alle Burger na Jawornickiej – mięso w smaku przypominające to z McDonald’s, do tego bułka sucha na wiór (ktoś chyba pomyślał, że „chrupiące bułeczki” to najlepsze bułeczki – to w sumie temat na osobny artykuł), bezpłciowy sos BBQ i bekon, który na grillu spędził zbyt mało czasu.

14316767_10154474127058142_7455177393434744962_n

Bistro 4 You, Dąbrowskiego – nawet niezła wołowina, ale pieczywo wygląda jak wyciągnięte psu z gardła. I jeszcze ten brak wstydu przy polewaniu mięsa sosem Fanexu. Serio, za 15 PLN ten sam tani sos, co w hot dogu z Żabki?

14355781_10154464327363142_7559614334068459801_n

Checkpoint, Plac Wiosny Ludów – burger od góry do dołu uwalony niesmacznym sosem, który nijak miał się do zapowiadanego BBQ. Do tego zjarana cebula i jej aromat wyczuwalny w prawie każdym kęsie.

14238093_10154448748198142_5987194138057281700_n

Beef Burger, os. Wichrowe Wzgórze – dziwnie smakujące mięso (czy to na pewno wołowina?), do tego narąbane tyle cebuli, że przez 2 dni nie mogłem się pozbierać. No i te sosy! Do wyboru: łagodny, ostry lub mieszany. Zupełnie jak w kebabie!

14232529_10154433022983142_5211516957013565321_n

Jestem sfrustrowany poziomem wyżej wymienionych miejsc. A to nie są wszystkie, o których mógłbym tutaj wspomnieć. Mięso albo kiepskiej jakości, albo fatalnie przygotowane, bułki byle jakie i sosy fatalne w każdym calu. To już nie jest dno. To pukanie w nie od spodu.

Najśmieszniejsze jest to, że wszystkie te burgery kosztują podobnie, co burgery z dobrej jakości składników, do których ktoś się przyłożył. Średnia cena bułki – niezależnie od poziomu miejsca – to ok. 15 PLN. Za tę cenę możecie dostać zarówno wyjątkowo niesmaczny produkt z Beef Burgera lub naprawdę dobry z Burgs Chefa na Podolanach. A jak dodacie kilka złotych, to porządnie zjecie w Ministerstwie Browaru, Zuomie czy Fat Bobie. Mało tego, za 11 PLN (13 PLN cena regularna) macie klasyka w Krowim Placku, który większość poznańskiej konkurencji połyka w całości prawie pod każdym względem.

Krowi Placek - szanuję!
Krowi Placek – szanuję!

Mówiąc inaczej, ktoś robi Was – a w zasadzie nas – zwyczajnie w wała! Nie wierzcie tym, co mówią, że „w tej cenie nie można spodziewać się więcej”. To ogromne kłamstwo! Na ten moment byłem w 3/4 burgerowni w Poznaniu – widzę brak większych różnic w cenie i kolosalne różnice w jakości. Ktoś kupuje tańsze składniki, by zwielokrotnić swoją marżę i jest to mechanizm znany od lat.

Martwi mnie jednak to, że sporo osób – jak stado baranów – je tę chałturę. Te burgery, które tylko z kebsami i mrożonymi zapieksami mogą konkurować o palmę pierwszeństwa w śmieciowym ulicznym jedzeniu. I to w dodatku w momencie, gdy odpada argument ceny – nie są one wcale tańsze niż u konkurencji. Rozumiem, że często w danej okolicy nie ma nic innego, ale dotyczy to co najwyżej połowy z wymienionych miejsc.

Kebabizacja burgerowni właśnie trwa i nikt jej nie powstrzyma. Za parę lat mówiąc burger będziemy mieli na myśli coś złego, co je się tylko nad ranem, po dobrej imprezie. Miejsca, w których się starają i które korzystają ze składników pierwszej klasy prawdopodobnie w dużej mierze przetrwają i to na obecnym poziomie. To będą jednak tylko pojedyncze przypadki, a wizerunek burgerowni mocno podupadnie. O ile już tego nie zrobił. Jak będzie, przekonamy się za kilka lat.