Wyszukiwarka

Kiedy knajpy chcą być fajne, a nie są

10 sytuacji, w których ktoś pomyślał, że „tak będzie lepiej”, a wyszło zupełnie odwrotnie.

1. A walniemy trochę balsamico dla ozdoby

Prawdziwa zmora! Nie wiem, co przeraża mnie bardziej: to, że kucharze uważają, że sos balsamiczny zdobi jak nic innego, czy to, że potrafią nim polać dosłownie wszystko. Największy szok przeżyłem w nieistniejącym już Tramwajarzu na Jeżycach w Poznaniu: naleśniki z „ruskim” nadzieniem były obficie „ozdobione” balsamico. Kucharze, opamiętajcie się, to nie jest cool!

Tak było.

2. Nuggetsy dla dzieci, krewetki dla krawaciarzy – co z tego, że słyniemy z pierogów

Już to kiedyś gdzieś pisałem: najważniejsza w knajpie jest tożsamość. Jedzenie nie musi być wybitne, obsłudze może powinąć się noga, ale jeśli miejsce nie ma unikalnej tożsamości, to nie chcę mi się do niego wracać. I jeśli widzę w karcie menu dla dzieci, które totalnie wyklucza się z całą resztą (jak nuggetsy z frytkami w Taj India), to już widzę, że coś jest nie halo. Wiem, że w niektórych miejscach musi być coś typowo dla tych wybrednych małych szkrabów, ale dobry kucharz jest w stanie wymyślić coś bardziej kreatywnego niż zawartość Happy Meala. Dostosowywanie się do pewnych grup społecznych na siłę po to, by być „dla wszystkich” i żeby „każdy mógł znaleźć coś dla siebie” nie jest fajne.

3. Burgery są modne? No to wrzucamy do menu!

Zawsze się zastanawiam, jak to wygląda. Siada przy piwie szef kuchni i właściciel włoskiej knajpy, istniejącej na rynku – dajmy na to – 3 lata i słynącej z pizzy i makaronów, i gaworzą o zmianach w menu. Nagle właściciel wypala, że widział na mieście sporo lokali z burgerami, więc może i oni mogliby zacząć robić w tym biznesie. I tak w ofercie pojawia się kilka klasycznych burgerów, zazwyczaj każdy jeden słaby i wysmażony na kamień. A nawet jeśli są okej, to po co we włoskiej (lub niemal każdej innej) knajpie burgery? Ślepe dążenie za modą nie jest jazzy.

Foodshot_2016_22_7-1

4. Carpaccio w menu opiszmy jako „polędwica wołowa / rukola / oliwa / sól / pieprz”

Jak mnie wnerwia ten nowy trend! Opisywanie dań przez wymienienie składników. I tyle. Nic o sposobie podania, rodzaju potrawy. Tylko suche informacje. Rozumiem, że to taka opozycja do pseudo poetyckich pozycji w kartach sprzed paru lat, ale – cholera! – nie można popadać ze skrajności w skrajność. Jeszcze w typowo fine diningowych restauracjach, gdzie jedzenie przygotowuje uznany szef kuchni wraz ze swoim zespołem i gdzie element zaskoczenia ma znaczenie, mnie to nie gryzie, ale w mniej wykwintnych lokalach? Taki bardziej na co dzień? To nie jest fajne.

5. Na co dzień serwujemy kuchnię polską, ale dodaliśmy spaghetti, bo ludzie przychodzili i pytali

Przykład z życia wzięty. W menu tatary, gulasze, pieczenie, bigosy – wszystko typowo nasze, tutejsze, polskie. Trochę niżej – spaghetti bolognese, spaghetti carbonara. Pytam się, o co chodzi, a w odpowiedzi słyszę, że klienci przychodzili i o nie pytali, to wprowadzili. To może jeszcze pizzę? Albo ramen? Wiem, od dłuższego czasu chodzi za mną koreańskie barbecue, da radę?

Foodshot_2016_10_2-1

6. Facebook? Instagram? Młodzi tam siedzą, musimy to mieć. A potem nie prowadźmy lub róbmy to do dupy

Jeśli nie ma Cię na Fejsie, to nie istniejesz – niby wydaje się, że w przypadku knajp jest to faktem, ale to nieprawda. Znam sporo przykładów miejsc bez fanpage’a na Facebooku, a tym bardziej konta na Instagramie, które sobie radzą znakomicie. Sęk w tym, że jeśli jest się w obu tych miejscach, to wszystko może pójść tak jakby łatwiej i tak jakby szybciej. Oczywiście o ile wrzucany jest tam dobry jakościowo content, który pasuje do grupy odbiorców i tożsamości samej knajpy. Można oryginalnie (osobiste wynurzenia na profilu La Ruiny vs. chore memy Zuomu), można po prostu dobrze – ważne, by robić to regularnie, nie popełniać żadnego z 7 grzechów głównych knajp na Fejsie i pamiętać, by publikować ładne, apetyczne zdjęcia. Chcemy, czy nie, jemy oczami.

7. Zapchamy Ci skrzynkę ulotkami, żebyś wiedział, skąd zamówić pizzę

Albo ulotki wciąż działają, albo właściciele osiedlowych pizzerii zostali mentalnie w latach 90. W sumie nie wiem, co gorsze. Nic mnie nie wnerwia tak, jak ulotki w skrzynce pocztowej, wśród których – niestety – prym wiedzie żarcie. Co więcej, nigdy nie skorzystałem z takiej ulotki. Ba, czasem wręcz odwrotnie, zapamiętuję pizzerię, która mi śmieci i wpisuję ją na czarną listę pt. „Nigdy nie zamawiać”. Serio, obecnie są inne formy komunikacji do sygnalizacji „halo, jesteśmy i przywieziemy Ci szamę, jeśli zamówisz”. Śmiecenie nie jest cool, jest do dupy.

Foodshot_2016_17_1-1

8. A dla wegetarian – ryba smażona na tłuszczu wołowym

To się zmienia, świadomość wzrasta, ale w niektórych miejscach wciąż za danie wegetariańskie uchodzi ryba smażona na oleju pochodzenia zwierzęcego. Nie uważam, że każda knajpa powinna mieć coś w ofercie dla tych, którzy czegoś nie jedzą – niezależnie od tego, czy chodzi o wegan, alergików, bezglutenowców czy hejterów pieczarek – ale jeśli już coś jest, to niech to będzie zrobione dobrze, z głową.

9. Kuchnia azjatycka bez owoców morza? Nie może być! Pal licho, że nie mamy dostępu do świeżych

W sumie, to nie chodzi tylko o szamę z Azji. Generalnie o owoce morza, które w Polsce nie dość, że są drogie, to w wielu knajpach podawane są nieświeże, z głębokiego mrożenia i często też źle przyrządzone. Nie rozumiem tego parcia lokali, by koniecznie mieć coś z owocami morza, skoro samo dojście do świeżego produktu jest problematyczne, nie mówiąc o jego przechowywaniu. I to nie jest tak, że się nie da – jeśli poznańskie Momo i wrocławski Shrimp House mogą, to inni też. Lepiej przyjąć postawę właścicieli śródeckiego Raju, których wiele osób pyta, dlaczego w menu nie ma pad thaia z krewetkami. Odpowiedź jest prosta: nie było, nie ma i nie będzie, bo nie mogą oni zagwarantować świeżych owoców morza przez cały czas. I ja to szanuję.

Taki targ na każdym rogu rozwiązałby sprawę.

10. Korzystamy tylko z lokalnych i sezonowych produktów. I dlatego mamy truskawki w grudniu

Wierzę, że nie jest to częste, ale zdarza się – ściema odnośnie lokalności i sezonowości produktów. Podany przeze mnie przykład jest skrajny i wyimaginowany, ale ma tylko podkreślić, że problem istnieje, zazwyczaj jednak na mniej popularnych produktach. Kłamstwo ma krótkie nogi. I nie jest fajne.

Kiedy knajpy chcą być fajne, a nie są? Macie jeszcze jakieś propozycje? Piszcie w komentarzach!