Wyszukiwarka

Kiedy warto jeść w sieciówkach?

FF2

Te okropne fast foody czasem się przydają.

Swego czasu dość ostro skrytykowałem sieciówki, wymieniając cztery powody, dla których nie warto w nich jeść. Tekst wzbudził pozytywne komentarze, ale sprawiał wrażenie niepełnego. Przy samej publikacji obiecałem, że pokażę też drugą stronę medalu i przedstawię te wyjątkowe sytuacje, w których jedzenie w sieciowych fast foodach wcale nie musi być czymś złym. Jest ich dokładnie pięć.

1

1. Gdy rzeczywiście chcesz / musisz zjeść szybko.

Idea fast foodu jest prosta: szybkie i względnie tanie jedzenie. Jeśli nie masz czasu lub zwyczajnie nie lubisz czekać, to fast food spełnia swoje podstawowe zadanie, nie przeczę. Tyle że ta idea fast foodów zatraca się przez same sieci, które często reklamują się jako „coś więcej” i kreują się na modne miejsca, w których miło spędza się wolny czas. To tylko marketing. Jeśli coś jest szybkie i tanie, to nie może być smaczne. I choć każdy chciałby jeść zawsze ze smakiem, to czasem nie ma na to czasu. Wtedy wybór pada na sieciowy fast food.

2

2. Gdy jesteś w obcym miejscu i nie zrobiłeś researchu.

Powiedzmy, że wyjechałeś. Inne miasto, inny kraj, nie ma żadnych znajomych knajp. Rozpoznajesz tylko sieciówki. W nich pewnie i zawsze tak samo. Jeśli jedynym marzeniem jest zaspokojenie głodu, udajesz się właśnie do takiego miejsca. I nie ma się co dziwić, bo odwiedzanie niesprawdzonych lokali gastronomicznych, to zawsze spore ryzyko – że się otrujemy, że będzie niesmacznie, że wydamy mnóstwo pieniędzy i tak dalej. A w sieciówce masz pewność, że może Twoje podniebienie nie będzie pieszczone nowymi smakami, ale że generalnie będzie okej. Przed wyjazdem gdziekolwiek polecam zrobić dogłębny research – to pomaga nie tylko uchronić swój organizm przed fast foodem, ale też przed tułaniem się różnymi uliczkami w poszukiwaniu „fajnej knajpki”. Nie zawsze jest jednak na to czas i nie każdy to potrafi.

3

3. W trakcie podróży.

Przydrożna gastronomia to zawsze jedna wielka niewiadoma. Pal licho, kiedy jedziesz gdzieś blisko. Jeśli masz jednak zaplanowaną wielogodzinną podróż, raczej nie chcesz, by towarzyszył ci w niej rozstrój żołądka. Tym bardziej, że przydrożne toalety to też często jedna wielka niewiadoma i nawet stacje benzynowe uznanych marek mogą przywitać kiblem, na widok którego wypadają oczy, a nos więdnie. W sieciówkach ogromną wagę przykłada się do trzymania restrykcyjnych standardów: jedzenie może nie jest najsmaczniejsze, ale raczej pewne i na krótką metę raczej nieszkodliwe. W takiej sytuacji wolę McDonalda od byle zajazdu.

4

4. W nocy.

Nie wiem jak w innych dużych miastach w Polsce, ale w Poznaniu trudno o dobre jedzenie w nocy. Kebaby są tak okropne, że zazwyczaj wyrzucam je mniej więcej w połowie i to mimo upojenia alkoholowego. Przybytki typu Roti i Fux oferują zapiekanki podłej jakości z okropnymi sosami. W małym stopniu pomaga Food Patrol – żarcie jakościowo trzy razy lepsze od wyżej wymienionych, po które nocami stoi długa kolejka, przekładająca się na dziesiątki minut oczekiwania. Najlepsze rozwiązanie? Sieciowy fast food. No chyba że już jest ta godzina, o której nocne przestają jeździć, a dzienne zaczynają – wtedy prędzej padniesz z głodu, niż zjesz coś na mieście.

5

5. Z przyjaciółmi.

Nie chodzi o to, aby umawiać się w sieciówkach ze znajomymi. Tego nie róbcie, lepiej wspierajcie swoim groszem mniejsze, lokalne biznesy. Ale czasem jest tak, że przemieszczacie się gdzieś grupą i zachodzicie do fast fooda, by coś wrzucić na ząb. Oczywiście wcześniej długo protestujesz i namawiasz przyjaciół do odwiedzenia innego miejsca, tłumacząc, że zjecie tam smaczniej. Sam jednak nie masz na tyle siły przebicia, by przekonać resztę, że frytki z McDonalda wcale nie są najlepsze. Więc lądujecie pod znakiem wielkiego „M”. Jeśli jesteś dzieciakiem, obrażasz się na przyjaciół i wyrzucasz im, że pokonał ich marketing i konsumpcjonizm. Jeśli jesteś dorosły, siadasz wraz z nimi, cieszysz się towarzystwem i dobrze się bawisz, nawet nie musisz nic zamawiać. Nic tak nie wkurza, jak osoba w „paczce”, która wciąż tylko marudzi.

Prawdę mówiąc, wszystkie te sytuacje wynikają z tego samego. Jeśli nie mamy innego wyboru, jemy w sieciówkach. To takie mniejsze zło, które od czasu do czasu jest zwyczajnie potrzebne.