Wyszukiwarka

Kij i marchewka przeciw bułce z keczupem

221H

Odnośnie zakazu sprzedaży śmieciowego jedzenia w szkołach mam dwie opowiastki z życia.

Historia pierwsza

Rok 2005, może 2006. Jestem gimnazjalistą w czasach, gdy gimnazja są mocno na cenzurowanym: gdzieś w Polsce rówieśnicy grają w słoneczko, Roman Giertych wprowadza mundurki do szkół, generalnie – dzieje się. Lekcje? Totalnie nieistotne. Liczą się przerwy, dyskusje o grach komputerowych i zabijanie nudy na milion sposobów.

Jednym z nich jest jedzenie pyszności oferowanych przez szkolny sklepik, który prowadzi pan o aparycji morsa. Wśród oferowanych specjałów: chrupki, batony, hamburgery (podły mielony włożony do bułki od kebaba zasypany ogromną ilością kapusty pekińskiej), hot dogi, pizzerki i prawdziwy hit: bułka z keczupem. Wszystko utrzymane na najniższej, naprawdę katastrofalnej jakości. Dla przykładu: za keczup robi najtańszy i najmocniej pozbawiony smaku sos.

Nie muszę chyba mówić, że obecnie nie tknąłbym niczego z tego asortymentu. No, może poza okazjonalnym Snickersem i czipsami gdzieś na domówce. A wtedy? Co innego! W podstawówce nosiłem w plecaku kanapki, poza tym jadałem obiady w szkole. W gimnazjum tych pierwszych nie chciało mi się przygotowywać, a tych drugich miałem dość – Wam też wałkowanie tego samego menu by się znudziło. Jeść coś musiałem, więc byłem stałym klientem w szkolnym sklepiku (uprzedzając pytania: pieniądze miałem swoje, zarobione na recenzowaniu wspomnianych wcześniej gier komputerowych). Może nie codziennie, ale 3 razy w tygodniu pałaszowałem moją ulubioną pizzerkę, która – obstawiam – wartości odżywczych miała okrągłe zero.

I jeśli o rzeczach okrągłych mówimy, to najbardziej okrągły byłem właśnie ja. Nie żebym wcześniej czy później nie miał nadwagi – po prostu w tym okresie osiągnąłem apogeum. Gdybyśmy w tych czasach korzystali z Facebooka, pewnie założyłbym fanpage: „Prawdziwi gimnazjaliści mają krągłości”.

Żywienie się w szkolnym sklepiku nie było tego jedyną przyczyną, ale na pewno w dużej mierze się do tego przyłożyło. Gdyby sprzedawano w nim jedynie zdrowe jedzenie, to byłoby inaczej? Cóż, słuchajcie dalej…

Historia druga

Jeszcze w podstawówce obok szkoły (w tym samym budynku mieści się moje gimnazjum) wybudowano supermarket. Duża, francuska sieć – w stosunku do biznesu pana Morsa ceny mocno konkurencyjne. Pierwszy przykład z brzegu: świeże, ciepłe kajzerki po kilkanaście groszy.

Oficjalnie wychodzenie poza teren szkoły w czasie przerw było zabronione, ale że zakazany owoc smakuje najlepiej, to wraz z kolegami mieliśmy to raczej w dupie. Eskapady do marketu kończyły się zakupionym na spółę keczupem (naszym zdaniem królowały wtedy Pudliszki i Kotlin) oraz ciepłymi kajzerkami, średnio dwoma na głowę. Bułki nadgryzaliśmy, wydłubywaliśmy i wyjadaliśmy gorący środek, po czym wlewaliśmy tam mnóstwo keczupu – tyle, że przy każdym kęsie ściekał nam on po twarzach i rękach. Już pewnie wyobrażacie sobie, ile mieliśmy w tym frajdy.

Kajzerka z keczupem wypada ciut zdrowiej niż pizzerka lub „hamburger”, ale nadal nie jest to „healthy food”, na który liczyliby dietetycy. Nie wiem, po co obecnie dzieciaki chodzą do sklepów przy szkołach, ale na pewno nie są to warzywa i witaminy.

Morał

Właśnie – to jest bardzo ważne – obok prawie każdej szkoły znajduje się jakiś market albo choćby osiedlowy warzywniak, w którym wbrew nazwie dominuje wódka i czipsy. Przynajmniej w takiej odległości, że nawet kilkulatek zdąży obrócić w ciągu „dużej” przerwy. Młodzież gimnazjalna w końcu musi gdzieś kupować piwo i fajki.

Zakaz sprzedawania „śmieciowego” jedzenia na terenie placówek oświatowych nie jest głupi jednak tylko dlatego, że mądre dziecko kupi sobie to, co niezdrowe, gdzie indziej, a jeszcze mądrzejsze (z żyłką biznesmana) zacznie je sprzedawać na „szkolnym czarnym rynku”. Jego idiotyzm wypływa z samej istoty: jest zakazem, czyli bzdurą, którą trzeba obejść. To jak z tym brakiem zezwolenia na wychodzenie poza teren szkoły – kto by się do tego stosował? Chyba tylko kujony i lizodupce.

Od zawsze jestem zdania, że o wiele więcej, zwłaszcza w skali długoterminowej, osiąga się zachętą i edukacją – zmienianiem negatywnych zjawisk w istocie problemów, a nie w ukracaniu skutków. Bo dzieciaki nie są otyłe dlatego, że w sklepikach sprzedawano colę i pizzerki – dzieci CHCIAŁY je jeść i pić, WIĘC prowadzono ich sprzedaż, PRZEZ CO tyle małolatów z nadwagą.

Większość i tak wynosi się z domu, lecz równocześnie szkoła powinna w wychowaniu pomagać. A jakoś nie przypominam sobie, by na przyrodzie lub biologii mówiono o zdrowym i racjonalnym żywieniu – o tym można co najwyżej poczytać na blogach. Do dziś jednak wiem, do czego „służy” mitochondrium i jest to wiedza dla mnie całkowicie zbyteczna.

Od wprowadzania zakazów wolę politykę kija i marchewki. Dzieci, ludzi w ogóle, lepiej do czegoś zachęcać, niż coś im zabierać. Może poprzez wprowadzenie codziennych lekcji WF-u, podczas których uczniowie uprawialiby te sporty, na które mają ochotę? Sam rzadziej zgłaszałbym nieprzygotowanie, gdyby nie to, że w moim gimnazjum zajęć z koszykówki praktycznie nie było. Jak człowiek robi to, co lubi, to zazwyczaj chce być w tym lepszy, a żeby być lepszym w sporcie, to często niestety trzeba przejść na zdrowszą dietę – taka prawda.

Nie wiem, czy to rozwiązałoby problem rosnącej otyłości wśród dzieci. Pewnie nie, bo potrzebne są jeszcze dalej idące zmiany – chociażby w głowach (i portfelach – to też ważne) rodziców. Lepiej jednak stopniowo przekształcać system z głową, niż burzyć go, idąc po linii najmniejszego oporu, w dodatku bezmyślnie.

Co ja mogę więcej mówić? Sam nie jestem autorytetem w tej dziedzinie. Mam nadwagę i jem bekon dwa razy w tygodniu. Tyle że akurat ja robię to w pełni świadomie, czego o dzieciach powiedzieć nie sposób.

[icon-box icon=twitter width=1/3]
Bądź na bieżąco i obserwuj mnie na Twitterze.
[/icon-box]

[icon-box icon=photo width=1/3]
Najapetyczniejsze zdjęcia? Sprawdź na Instagramie.
[/icon-box]

[icon-box icon=user width=1/3]
Nie wiesz, gdzie zjeść w Poznaniu? Zapytaj w grupie na Facebooku.
[/icon-box]