Wyszukiwarka

Na talerzu: Bornholm (Część 3: Jestem szczęśliwym ziemniakiem)

W ostatniej części bornholmskiego tryptyku przyjrzymy się nieco kilku typowym daniom, serwowanym na słonecznej wyspie, a także zapukamy do dwóch najpopularniejszych wytwórni duńskich słodkości, turystycznej atrakcji uwielbianej przez najmłodszych.

Zacznijmy od końca, czyli – od deseru. W tym celu wypada nam powrócić do Svaneke, gdzie już zawędrowaliśmy dwukrotnie, przy okazji wizyt w miejscowej lodziarni oraz browarze, oferującym między innymi piwo czekoladowe. Browar ów znajduje się dokładnie pomiędzy wejściami do raju dla fanów czekoladowej fabryki Charliego i najpopularniejszym towarem eksportowym Bornholmu. Puk, puk! Panie Charlie, otworzy pan?

dscn345

W Svaneke Chokoladeri, maluteńkiej wytwórni czekolady, nawet eleganckim koneserom grozi atak ślinotoku, gdy na ich oczach któryś z pracowników akurat będzie w trakcie nadziewania łakoci. Prócz klasycznych tabliczek z dodatkiem róży, chili czy – obowiązkowo – lukrecji, z półek kuszą czekoladowe lizaki czy delikatne pianki w kształcie (pokaźnej) bombki. Furorę robią jednak rozpływające się w ustach (i palcach) trufle, w zawracającej w kubkach smakowych wariacji smaków: marcepanowym, jagodowym, nugatowym, karmelowym, kawowym i… tak? Zgadliście: lukrecjowym!

Jeśli po porcji lodów i endorfinie w tabliczkach nie zasłodziliście się w stopniu zadowalającym, wystarczy minąć sklep z wikińskimi pamiątkami i wejść do wytwórni kolorowych cukierków, Svaneke Bolcher. Informacje o niej znajdują się w każdym przewodniku i ulotce na temat Bornholmu, a nawet na niektórych biletach na prom.

Atrakcją tego malutkiego wnętrza jest to, że zanim wpadniemy do pachnącego słodko sklepiku, pełnego twardych landrynek i lizaków w kilkunastu smakach (i różnych lukrecjowych wariantach), chwilę poobserwować możemy, jak cukrowa papka, a następnie gigantyczna, twarda masa, zmienia się w cukierki wielkości paliczka.


Po takiej dawce cukru przyszła jednak wreszcie pora na konkrety. Podróż kulinarną zaczniemy od mniej regionalnych potraw, spotykanych w całej Danii, by ukoronować ją symbolem wyspy, uwędzonym „bornholmczykiem”.

Ponoć na każdym kopenhaskim rogu spotkać można tradycyjne duńskie smørrebrød, czyli po prostu ustrojone pięknie kanapki, koniecznie z ciemnego, żytniego chleba (sam proces powstawania tegoż bochenka to cały rytuał, ale to materiał na inną opowieść).


Kanapkowych wariacji są dziesiątki, sama niedawno trafiłam na wielki kulinarny album duńskich smørrebrød, liczący sobie ponad 900 stron… Jednak najczęściej spotykaną odmianą na wyspie jest – co nie powinno dziwić – kanapka ze skarbami morza. Pedantycznie ułożone na plasterku sałaty wędzone małże, gotowane krewetki, dorsze, łososie czy śledzie, ustrojone kiełkami, rzodkiewką i plasterkiem Danablu… O ile jednak Bornholmczycy nie ukrywają swej miłości do owoców morza, o tyle najpopularniejszą pastą do chleba nie jest żadna pasta rybna, lecz leverpostej, czyli coś pomiędzy smalcem z cebulką i pasztetem. Nie brzmi zachęcająco? Smakuje obłędnie. Jeden z masarzy, częstujących mnie specjałem w porcie w Allinge, twierdził, że babcie na wyspie zwykły podawać pociechom każdego dnia łyżeczkę pasty, jak do niedawno wmuszano w dziecięce gardła po łyżce tranu – na zdrowotność.

źródło: mydanishkitchen

Jako poznańskiej pyrze, niezwykle spodobało mi się wyznanie pewnego duńskiego artysty w jednej z licznych odwiedzonych przeze mnie galerii, a dotycząca właśnie szlachetnych kartofli. Mianowicie, ukontentowany czymś bornholmczyk powie o sobie, że… jest szczęśliwym ziemniakiem. I jest to absolutnie siódme niebo zadowolenia.

Bez ziemniaków Duńczycy nie wyobrażają sobie porządnego obiadu. Czy to jako danie postne, z jarmużem, czy z bekonem w słodko-kwaśnym sosie, ziemniak musi pojawić się na talerzu. W niektórych regionach Danii podobno urządza się nawet zawody w obieraniu pyr na czas!

Nie pyra, nie chleb żytni, ale wędzony śledź jest królem na Bornholmie. Sztuka wędzenia ryb, sztuka wyrafinowana i traktowana przez starsze pokolenie niczym swoista religia, może wydawać się banalna. Kto jednak spróbuje choć raz śledzia wprost z wędzarni w Hasle, ten będzie wspominał ten smak z utęsknieniem po powrocie nad polskie plaże.

I tu, na zakończenie, słowo o Słońcu nad Gudhjem, czyli obowiązkowym daniu każdego turysty, przybywającego na wyspę. Poszukując najlepszego miejsca na konsumpcję, warto kierować się w stronę charakterystycznych kominów wędzarni (rogeri), by mieć możliwość samodzielnego wybrania sobie sztuki śledzia do swojej potrawy. Niebanalny smak kryje się w prostocie przygotowania: żytni chleb, sałata, kiełki, koperek, rzodkiewka, wędzony śledź – „bornholmczyk”. Do tego obowiązkowo słońce, czyli surowe żółtko jaja. Szczęściarzom podadzą nawet musztardę koperkową, którą osobiście mogłabym zjadać łyżeczką na deser. Do tego port, szumiące morze, woń wędzonych leniwie ryb – i już wiemy, dlaczego w minionym stuleciu tak wielu rodaków szukało drogi na „wyspę wolności”…