Wyszukiwarka

Nie jestem poznaniakiem

8369_1066718616699668_3137378295439384901_n

Jakoś teraz mija 5 lat, odkąd wprowadziłem się do Poznania.

Przyjechałem tu – jak pół mojego rodzinnego miasta – na studia. Wybrałem dziennikarstwo, kierunek z cyklu „łatwo i przyjemnie”, który ukończyłem na poziomie licencjata. W robieniu magistra nie widziałem większego sensu. Zresztą, o moim studiowaniu pisałem już jakiś czas temu.

Wprowadziłem się do Poznania. Zrobiłem to właśnie jakieś dwa tygodnie przed oficjalnym rozpoczęciem studiów po to, aby „poznać miasto”. Nie wyszło mi to chyba za dobrze, skoro pierwszy raz wylądowałem na Starym Rynku jakoś w listopadzie.

Niemniej, szybko zauważyłem, że odległości między punktem A i B są tutaj większe niż w mieście, w którym mieszkałem do tej pory i które na luzie można było przejść wszerz lub wzdłuż w godzinkę z hakiem. Tutaj tyle szedłem z osiedla Kosmonautów, na którym wynajmowałem mieszkanie, na osiedle Sobieskiego, gdzie z kolei wylądowało kilku moich znajomych.

Przez długi czas nie korzystałem z uroków dużego miasta. Do klubów nigdy nie lubiłem chodzić, a w całej reszcie miejsc było raczej dla mnie za drogo. Dom-uczelnia-dom-piwko-domówka – to był standard pierwszego roku. Pierwszego roku, na którym poznałem masę wyjątkowych osób i na którym często w myślach zastanawiałem się, jak będzie wyglądał Poznań za rok, już z wyremontowanym rondem Kaponiera.

Ja w moim pierwszym lokum.
Ja w moim pierwszym lokum.

W 2012 otworzyli je jednak tylko na chwilę, na czas Mistrzostw Europy w piłce nożnej. Euro to w ogóle był piękny czas w Poznaniu, bardzo dobrze go wspominam – bawiłem się świetnie!

Remont ronda Kaponiera „trochę” się jednak przedłużył. W tym czasie moje zupełne nie korzystanie z uroków dużego miasta przeistoczyło się w życie tym, co się tutaj dzieje. A w zasadzie: życie tym, co w Poznaniu można zjeść.

Byłem i jestem świadkiem ogromnego rozwoju, jeśli chodzi o kulinarne miejscówki. W ciągu tych 5 lat powstało mnóstwo nowych lokali gastronomicznych – głównie tych dla wszystkich, choć i otworzyło się trochę restauracji z górnej półki. Pojawił się też street food z prawdziwego zdarzenia, którego reprezentantem przed 5 laty były jedynie zapiekanki na Teatralce. Wiele miejsc przetrwało, choć spora część też upadła, ale w ich miejscu wyrosły nowe, często lepsze.

Tak się wszystko ułożyło, że już nie tylko „żyję tym”, ale też „żyję z tego”. Stałem się częścią tego wszystkiego. Docierają do mnie głosy, że dla wielu osób moja praca jest bardzo pomocna – i mam tu na myśli zarówno klientów knajp, jak i ich właścicieli. Ci pierwsi liczą się z moją rekomendacją, a ci drudzy chcą mieć moją rekomendację.

Tak czasem pracuję.
Tak czasem pracuję.

Wiadomo, nie wszyscy. Niektórzy na pewno się ze mną nie zgadzają. Albo może nawet nie lubią. Ale kiedy widzę te wszystkie „sold outy” po moich recenzjach, to wierzę, że ma to sens i jednak spora grupa osób śledzi moją opinię.

Wyszło naprawdę fajnie. W moim rodzinnym Gorzowie nie mógłbym liczyć na taki odbiór. Być może udałoby się to w innym dużym polskim mieście. Nie wiem tego. Wiem, że udało się w Poznaniu.

Tydzień temu dziadek mnie zapytał, czy jestem już bardziej poznaniak, czy jeszcze gorzowianin. Wtedy odpowiedziałem mu bez namysłu.

Gdyby się jednak ciut mocniej nad tym zastanowić, to obie odpowiedzi są złe. Nie ma wyboru „albo/albo”.

Bo wiecie, dla mnie poznaniak to ktoś, kto urodził się i wychował w Poznaniu. Kto może niekoniecznie mówi gwarą, ale ją w pełni rozumie. Nie zapomnę, gdy wsiadając po raz pierwszy do tramwaju linii nr 10, podsłuchiwałem rozmowę jednego ze współpasażerów – to było dla mnie jak inny język. Poznaniak to ktoś, kto Jeżyce i Śródkę zna nie tylko pod kątem fajnych knajp, ale i tego, że raz czy dwa zarobił tam prawie w mordę, a przechodząc Staszica widział małego Rysia Peję grającego w gałę. To ktoś, kto od dziecka je pyrę z gzikiem, a na kromkę chleba mówi skibka.

Na zdjęciu jest jeden poznaniak (chyba) i to nie jestem ja (na pewno).
Na zdjęciu jest jeden poznaniak (chyba) i to nie jestem ja (na pewno).

Zatem nie jestem poznaniakiem. Ale mieszkam w tym mieście, jak się okazuje, mam na nie jakiś wpływ i pewnie zaraz będę tu płacił podatki (wypadałoby).

Nie wiem, czy wiecie, ale istnieje takie słowo jak Finlandczyk. Oznacza ono obywatela Finlandii, który nie jest Finem (czyli nie jest narodowości fińskiej). Finlandczyk może być np. Szwedem, Rosjaninem czy Polakiem.

I tak trochę jest ze mną. Tak jak z bycia gorzowianinem nigdy nie wyrosnę, tak poznaniakiem nigdy się nie stanę. Choćbym nauczył się gwary na pamięć.

Pozostaje mi być mieszkańcem Poznania, który nie jest poznaniakiem. Mieszkam tu już 5 lat, więc już chyba mogę się tak nazywać?